— Jak Bozię kocham!
Kozłowski posępnieje.
— Ba! Cóż z tego! — mówi, na wodę patrząc. — I tak wiem, że mi nie dasz!...
— Dam, tylko przyjdź do mnie.
— Naprawdę dasz?
— Co nie mam dać! I orzechów dołożę.
Oczy Kozłowskiego nabierają nadzwyczajnego blasku. Błogo uśmiechnięty, rozrzewniony i oblizujący się, wpatruje się w malca, jakby nacieszyć się nie mógł jego widokiem.
— Kiedy tak — wybucha wreszcie — to... będę twoim przyjacielem!
— A ja twoim — jeżeli pozwolisz.
— Pozwolę!