— Wariat, mówię — powtarza olbrzym z większym jeszcze naciskiem — bo trzeba mieć źle we łbie, żeby się narażać na pewne utonięcie. Szkoda, że byłem wówczas chory, bobym do tego głupstwa nie dopuścił. Tam najtęższy pływak nie poradzi! Prąd tak rwie, że cetnarowe397 kamienie unosi. Za uszy bym „knota” przytrzymał! Jemu się zdawało, że go kurcz chwycił, a to kręciły nim wiry, co tam wodę ciągle wirują. Wariat! Postrzeleniec!... I jeszcze mówi, że chce „sztukę” powtórzyć! No niech lepiej trzyma język za zębami, bo, jak Boga kocham...

Głos olbrzyma brzmi tak głośno, a oczy Radzickiego ciskają tak straszne błyskawice, że przezorniejsi śpieszą zażegnać burzę w zawiązku, nie dopuszczając zapaśników do siebie.

— Z Radzickim skończone! — obwieszcza z wyniosłości kloca najwyższy arbiter. — Niech wystąpi trzeci z kandydatów na bohatera: Bellon alias Balonik. Uciszcie się panowie, i słuchajcie, co ów powie.

„Ów” wyskakuje przed audytorium, maleńki, pyzaty, rumiany, istna piłeczka.

— Miałem skoczyć z huśtawki — mówi wesoło.

— Tak. Z huśtawki rozbujanej. Skoczyłeś?

— Skoczyłem.

— I cóż?

— Ano, niech powiedzą świadkowie.

Występuje Sitkiewicz i dwaj inni jeszcze.