— Chcieliśmy do tego nie dopuścić — mówi Sitkiewicz — ale smarkacz uparł się i skoczył.

— Ty, Sitko! — woła zaperzony malec — tylko bez „smarkacza”. „Balonikiem” pozwalam się nazywać, ale za „smarkacza” możesz oberwać.

— Skoczył — ciągnie tamten, nic sobie z pogróżek nie czyniąc — no, i naturalnie, rękę złamał.

— Kłamiesz. Nie złamałem, lecz zwichnąłem.

— Jedno licho.

— Nie jedno. W tydzień później mogłem już był skakać po raz drugi.

— Spodziewam się — zauważa Kuszkowski dobrotliwie — żeś tego nie zrobił.

— Wariatem nie jestem!

Śmieją się słuchacze — śmieje się i arbiter.

— Jakże zatem — pyta ostatni — zapatrujesz się dziś sam na swoje bohaterstwo?