ad secundum, przepływający rzekę w miejscu niebezpiecznym mógł był utonąć, pozostawiając w rozpaczy rodziców swych i rodzeństwo;

ad tertium, skaczący z huśtawki mógł był uczynić się na całe życie kaleką.

W tym miejscu mówcy przyjść musiały na myśl zarzuty, jakie spotkać go mogły ze strony słuchaczów. Uprzedzając je, objaśnia:

— Dziwić się może kto będzie, żem, wiedząc o tym, na nierozsądne próby pozwolił. Wyznaję otwarcie, żem nie brał ich na serio. Niech to nikogo nie obraża, ale nie przypuszczałem, żeby w naszej pięcioklasówce, z której ukończenia jestem tak dumny, mogli znaleźć się zdolni do podobnego... no, do podobnego — żakostwa400.

Szmer przeszedł po zgromadzeniu. Jedni półgłośno chichoczą, inni gniewnie pomrukują.

— Uspokójcie się, panowie — podnosi głos mówca. — Honor szkoły nie został stracony. Ocalił go — Sprężycki.

— Zuch Sprężycki! — wyrwał się ktoś.

— To jeszcze nie wiadomo... — mityguje go inny.

— Panowie! — grzmi Kuszkowski, dochodząc widocznie do ostatecznego swej mowy zamknięcia — Stawiam panom w tej chwili pytanie zasadnicze: jak nazwać to, co uczynił ten wasz schorowany, mizerny, wątły kolega? Czy można i czy godzi się powiedzieć, że to było: żakostwo, fanfaronada, wariacja?

— Co znowu!... Broń Boże!... Bynajmniej!... — przeczą energicznym chórem głosy chłopięce.