— Masz słuszność, moje dziecko — mówi rektor. — Trzeba, żeby on ci powiedział to w oczy. Zadzwonię na Jana, żeby go tu przyprowadził.

Mówiąc to, sięga po dzwonek.

— Panie rektorze! — jęczy przestraszony Baran — niech pan rektor tego nie robi!

— Ale w takim razie nie będę wiedział, kto naprawdę winien?

— Ja mówię, że Dobrosielski.

— A Dobrosielski mówi, że ty. Będę musiał zatem ukarać i Dobrosielskiego, i ciebie. Ponieważ jednak Dobrosielski nie ucieka od konfrontacji z tobą, ty zaś widocznie jej się boisz, więc — tobie zostanie wymierzony wyższy stopień kary.

— O mój Boże! Mój Boże!... — płacze donosiciel, zupełnie z tropu zbity i bezradny.

— Chyba... — wtrąca rektor dobrodusznie — że oskarżenie swe odwołasz...

Baran chwyta się ostatniej deski ratunku, przypada do rektora, całuje go w rękę i z wysiłkiem wykrztusza:

— Ha, to już wolę... już wolę — odwołać!