Dopiero ciemność, niepozwalająca rozróżniać liter, oderwała ich od książki. Podnieśli się, wzdychając:
— Cóż, Witek? — zagadnął Dembowski — podobało ci się to? Gadaj!
Ale Sprężycki nie był w stanie „gadać”. Wybuchy romantyczne wieszcza158, którego znał dotąd tylko ballady i spokojną, prawie klasyczną Grażynę 159 — oszołomiły go. W milczeniu kolegę pożegnał.
Nazajutrz nie było mowy o Mickiewiczu. Tego dnia szła wspaniała „ekstrameta160” na jednym z placów nadrzecznych, z którego uprzątnięto drzewo budulcowe. Sprężycki, liczący się do najzapaleńszych161 i najzręczniejszych „ekstramecistów”, rej tam wodził. Gdy postawiony na „mecie” kręcił się, jak wrzeciono i podskakiwał, równie trudno było trafić go piłką, jak zabić kulą jaskółkę w locie. Gra całkowicie go pochłonęła — zapomniał o wszystkich poetach na świecie.
Dopiero w kilka dni później powrócono do tego przedmiotu.
— Cóż Konrad Wallenrod, hę? — zapytał go Dembowki, gdy chodzili po ogrodzie publicznym, trzymając się pod ręce i zajadając kupioną do spółki kwartę sapieżanek162.
— Prześliczny! — osądził, ogryzając starannie ogonek gruszki.
— A Dziady?
— Cudowne!
— Wiesz? Ja za jednego Mickiewicza oddałbym tych wszystkich, których nam Skowron każe wykuwać!