Sprężycki milczał, ocierając starannie nową sapieżankę.

— Cóż to za poeta ten tam Krasicki! Albo ten jakiś Naruszewicz!

Sprężycki na kolegę nie patrząc, zauważył tylko:

— Iiiii...

— Jak stary zacznie prawić o swoim „poecie serca”, „śpiewaku Justyny”, to jak Bozię kocham, język gryzę, żeby nie wybuchnąć śmiechem!

— Ooooo! — mruknął znów tamten dwuznacznie.

— Albo czy nie śmieszny i ten twój Pacierz...

— Jaki Pacierz?

— Wiesz... „Gończe złotego słońca”... czy też ”Słońce złotego gońca”... już nie pamiętam.

Sprężycki cisnął niedojedzoną gruszkę na ziemię, wyrwał rękę spod ramienia kolegi i obracając się doń twarzą, wyrzekł dobitnie: