Co chwila, to zagląda do książki, to się od niej oddala, kiwając się, jak Żyd nad Talmudem191. Idzie mu ciężko. Ledwie nauczył się trzeciego wyrazu, już dwa pierwsze ulatują mu z pamięci. Wraca do nich — tamten gdzieś mu się zapodział. A tych wyrazów tak wiele! Prawie pół stronicy zajmują. Czyż on kiedykolwiek potrafi się ich nauczyć?..

Wzdycha, odpoczywa — znów jęczy:

Cannabis... cannabis... cannabis. Ignis... ignis... ignis. — To już umiem. A tamte?

Przypomina sobie i przypomnieć nie może. Wyfrunęły pewnie otwartym oknem na ulicę bujać się z chrabąszczami, grać w piłkę z dziećmi, śmiać się i bawić z całym światem...

Ściska czoło obiema dłońmi — przez długą chwilę milczy.

— Kucharzewski!...

Ktoś woła nań cienkim, nieśmiałym głosem.

Nie odwracając się, nie otwierając zamkniętych oczu, odpowiada szorstko:

— Idź sobie — nie przeszkadzaj!

— Pomogę ci, jeśli pozwolisz...