Odmyka oczy, wpatruje się bystro w poczciwą zarumienioną twarz Wrońskiego.
— Oj, pomóż! Pomóż... — mówi głosem dziwnie spokorniałym. — Łeb mi pęka, a nic wykuć nie mogę.
— Widzisz... jest na to sposób. Nauczył mnie go pewien akademik z Warszawy.
— Jakiż to sposób?
— Ułożono z tych wyjątków — wierszyk.
— Wierszyk?... Do deklamacji?...
Twarz olbrzyma wypogodziła się. Lubi niezmiernie wiersze — ma szczególną zdolność do zapamiętywania ich i wygłaszania.
— Posłuchaj więc uważnie.
Malec wypręża się, mówi głosem podniesionym:
Trzydzieści sześć na is