Hanrahan Rudy

Księga Wielkiego Diabła i Hanrahan Rudy

Kiedyś w połowie ubiegłego stulecia człowiek w kurcie bajowej i z ogromną rudą czupryną zstępował posuwistym, acz niezbyt pewnym krokiem wąską uliczką w Mieście Siwego Jeziora1. Kałamarzyk zwisający na łańcuszku u szyi i blada, zapalczywa twarz sprzeczały się z szorstkimi, opalonymi przez niepogody rękoma i dawały w nim poznać wszystkim oczom obeznanym z życiem wioskowym bakałarza zagrodowego.

Nagły podmuch wiatru zamiótł ulicę u węgła domu i buchnąwszy zawieruchą źdźbeł słomy, tańczących i podskakujących tuż przed nogami przechodnia, powstrzymał jego krok i skłonił go do przeżegnania się w lęku chwilowym, ile że wiatr taki uważają ludzie za przelot gromady czaroludków2. W tejże chwili oczy jego padły na niewielkie okno sklepowe. Leżały w nim zwitki tytoniu, trzy kapelusze starego, bezskrzydłowego typu, głowica masielnicy, wiązka świec łojowych, kilka zakurzonych kawałków mydła, bryła torfu z wetkniętymi w nią na krzyż dwoma glinianymi sądkami3 na znak, że jest tu i piwo słodowe, wreszcie otwarta książka, której widoczne stronice pełne były osobliwych diagramów. Przypomniał sobie naraz, iż słyszał był kiedyś opowiadanie właściciela sklepu o tej książce, która od dawna już spoczywała w oknie w ciągłej nadziei, że znęci oczy jakiegoś poławiacza osobliwości; i zdziwił się teraz, że nie pomyślał nigdy, aby ją obejrzeć, a może nawet kupić i zabrać do domu. Pochylił się przed oknem, gdzie stała gromadka dzieci trącających się łokciami i szepcących, że to Księga Wielkiego Diabła, którą on sam napisał. Pochylony, przyglądał się długo i wielokrotnie rzecz ważył. Wyprostował się w końcu i uderzył nogą w drzwi sklepu, wołając: „Wyleź no ze swej dziury, Mały Paddy”.

„Czyś to ty, Hanrahanie Rudy?”, rzekło wielkie chłopisko, pochylając głowę pod niskim nadedrzwiem. „Myślałem, żeś cały dzień zajęty na Paprociowym Wzgórzu uczeniem w szkole, doglądaniem — gdy skończyłeś ze szkołą — bydła Szlachcica, syna Dowdy, niech czerwony gniew boży nań spadnie! A gdy bydło poszło do obory, robieniem wierszy o dawnych wielkoludach i wojownikach, o błogosławionej Mauryi4, o czterech ewangelistach i o swych własnych lekkomyślnych miłostkach”.

„Nie mam już szkoły”.

„Czy straciłeś ją tak samo jak szkołę w Wielkiej Krynicy, z powodu kobiet?”

„Prawda siedzi na twym języku”, odparł Hanrahan, „bo wpadłem w kłopoty z powodu Maivy Lavell, do której napisałem pieśń”.

„Owenie”, rzekł tamten, „jeżeli żądasz piwa słodowego, musisz zapłacić z ręki do ręki, bo choć jesteś wielkim poetą i znasz łacinę, nie zawierzę ci na kredę5 ani kubeczka”.

„Żądam nie piwa słodowego, lecz Księgi Wielkiego Diabła”.