„A jakże to zamierzasz zapłacić za nią?”
„Sprzedałem właśnie przed chwilą moją wielką opończę brunatną z kapturem Michałowi, synowi Rafferty’ego”.
„Dasz mi dwa srebrne szylingi; duża to cena za książkę, ale tak długo była w rodzinie. Biedny mój ojciec — lekkie mu spoczywanie! — zabrał ją na francuskiej brygantynie. O, bo ojczysko szczwany był, co się zowie: zapalił beczkę dziegciu na skale przy jednej z Wysp Arrańskich6 i sprawił, że statek się rozbił — dla mydła, które miał na pokładzie”.
Pieniądze zostały zapłacone i gdy Mały Paddy wyjął książkę z okna, Hanrahan, ująwszy ją końcami palców jednej ręki i przeżegnawszy drugą, wsunął nabytek do napierśnej kieszeni.
„A co zamierzasz robić z tą moją książką, która przez cztery lata chroniła mnie od złodziei?”.
Hanrahan zgoła nie zwrócił uwagi na to zapytanie i stał chwilę, przesuwając palcami w rudej czuprynie, tak że czapka podniosła mu się w górę o parę cali; potem, uderzony nagłą myślą, wybuchnął gwałtownym słów przypływem. „Bądź cicho, a opowiem ci, dlaczego chciałem tej księgi, opowiem ci zaś nie kłamstwa, ale prawdę. Ojciec Gillen powiada, że jestem jedną z odnóg Wielkiego Diabła, ale wbrew niemu zamierzam wytrwać, póki nie wzburzy przeciwko mnie całej okolicy, jak ojciec Clancy wzburzył Wielką Krynicę. Musiałeś słyszeć, że hufiec Fianna7 został strącony do piekieł, ile że byli to poganie i czcili jedynie Danę8 i Angusa9, i Dagdę10, i Lira11, i Mannanana12, i tych, co byli na słońcu, i tych, co byli na księżycu; ale nie słyszałeś może, iż Bóg sam, podziwiając potężne ciosy, jakie zadawali, oraz pieśni i opowieści, jakie składali, położył okrąg gładkiej zielonej murawy dookoluteńka przeznaczonego dla nich miejsca. Uganiają na wozach wojennych po tej zielonej murawie na wieki wieczne, wyrzucając w górę bryły ziemi kopytami rumaków, a Oskar, największy z nich, idzie przodem z cepami i spędza demony z drogi. Otóż ich tor jest moim torem, bo cokolwiek by człowiek czynił przeciwko mnie i gdziekolwiek bym się znalazł, zawsze wyjdę zwycięsko ze sprawy; i teraz, gdy ojciec Gillen stara się zwrócić wszystkich sąsiadów przeciwko mnie, zamierzam spotkać się z nim i z nimi i również wziąć górę w tym zatargu. Oni mówią, wiesz o tym, że otrzymałem pieśni me od pokolenia Dana13, gdym leżał uśpiony na Szarym Okopie; teraz ja powiem im, że otrzymałem je od samego Wielkiego Diabła, i pokażę księgę na dowód, a gdy uwierzą, będę się śmiał, śmiał hucznie, i ten śmiech będzie gładką zieloną murawą przede mną i poza mną”.
Obmyśliwszy w ten sposób użytek z nabytej księgi, niecierpliwie pragnął zacząć, po krótkim więc pożegnaniu popędził i przebył długą okrężną drogę do Wzgórza Paprociowego w prawdziwej gorączce oczekiwania. Wstąpił naprzód do pokątnej w wiosce gorzelni i wdawszy się w rozmowę z żoną kopacza ziemniaków, uronił parę napomknień o Szarym Okopie, a potem o innych, jeszcze straszniejszych dziwach; na zakończenie pokazał księgę i opowiedział kilka zdolnych odebrać, sen historyjek o tych, co przed nim byli jej właścicielami. Przyszedłszy następnie do własnej chaty, przesiedział cały wieczór przy wesołym ogniu torfowym, wygwizdując bez przerwy jedno po drugim: Zieloną wiązkę sitowia, Płowego Jana, Piękne białe cielę, Czy macie jedwab w torbie? — i uśmiechając się do siebie, bo słyszał na dworze dreptanie nóg i wiedział, że to sąsiedzi przyglądają się księdze, która, niby przypadkiem, leżała na policy14 małego kwadratowego okienka.
Minęło kilka dni; co wieczór słyszał dreptanie nóg coraz liczniejszych i serce rosło mu coraz radośniej. Przechodząc ulicami, zauważył, że ludzie stronią od niego, a gdy nareszcie rozeszła się pogłoska, że widziano go pijącego z czarownikiem z Wielkiej Krynicy, spostrzegł, ku zupełnemu swemu uszczęśliwieniu, że kobiety żegnały się, mijając go na drodze. Osiągnąwszy ten szczyt złego rozgłosu, zaczął się nudzić i zapragnął zajrzeć do księgi, aby przekonać się, czy była tak straszna, jak ludzie myśleli. Nie odważał się dotknąć jej, odkąd leżała na policy okiennej, bo sam czuł przed nią lęk śmiertelny i nawet teraz, nabrawszy śmiałości, zmówił jednak trzy ave, zanim ją ruszył. Trzymając zamknięty wolumin przy świetle ogniska, wyczytał tytuł: Księga tajemnic papieża Honoriusza, a potem, zatapiając się tu i ówdzie w kuchenną tekstu łacinę, odnajdywał kolejno przepisy, jak w różne sposoby niszczyć wrogów i jak zmusić istotę upragnioną do wzajemnej miłości. Na koniec oczy zaświeciły mu do głębi, gdy znalazł receptę, jak wywoływać duchy, pisząc ich imiona na papierze krwią nietoperza i otaczając je pewnymi kwadratami, trójkątami i wielopromiennymi gwiazdami, nakreślonymi również krwią, a potem paląc papier powoli i jednocześnie wywołując głośno napisane nazwiska. Dawno już pożądał zobaczyć kogoś z czaroludków i rzeczywiście spędził pół nocy na Szarym Okopie w wielkim strachu, acz bez żadnego pożytku, ale teraz, gdy ujrzenie ich zaczęło się wydawać istotnie możliwe, zaczął drżeć całym ciałem i według wszelkiego prawdopodobieństwa lęk przemógłby ciekawość, gdyby nie coś, co spotęgowało pokusę. Nietoperz wleciał do izby z cichym trzepotem przez wpółotwarte drzwi i uderzył się o pobielone płótno żaglowe, rozciągnięte pod krokwiami strzechy. Pod nagłym popędem Hanrahan chwycił za trzon motyki stojącej w kącie i uderzył nietoperza, który spadł ze złamanym skrzydłem u jego nóg. Uderzył go raz jeszcze i zabił. I teraz napisał pierwsze imię, jakie mu przyszło do głowy: Kliona15 z Fali Morskiej, imię królowej czaroludków południowych, na karcie wydartej z książki, według której uczył w swej wiejskiej szkole języka angielskiego, a która nosiła tytuł: Żywoty znakomitych hultajów i rabusiów. Potem, przypomniawszy sobie stary poemat, który nazywał Klionę władczynią powietrza, nakreślił dookoła jej imienia osobliwą gwiazdę wielopromienną, którą księga zalecała przy wzywaniu potęg powietrza, i trzymał papier, póki się nie spalił w ogniu torfowym, nawołując: „Kliono! Kliono! Kliono!”. Papier jeszcze nie rozsypał się w popiół, gdy wydało mu się, że izba zapada się gdzieś i że niewytłumaczona cisza, jak gdyby snu ostatniego, zaczyna pełzać po wszystkim. Nagle uczuł raczej, niż zobaczył, i raczej jako obecność duchową niż jako postać cielesną, słuszną kobietę odzianą w barwy szafranowe, jak odziewały się kobiety starej Irlandii, unoszącą się nieco ponad podłogą, z ciemnym włosem opadającym spod srebrnej przepaski. Potem z cienia tych włosów zaświeciły oczy bladoniebieskie, nader pogodne i słodkie, nadające całej jej istocie wejrzenie jakiejś nieziemskiej łagodności, jak gdyby nie zaznała nigdy żadnych niepokojów i nie spotkała się z żadną zniewagą. Zdawała się oczekiwać, by Hanrahan przemówił, lecz strach i cześć zarazem odebrały mu mowę na bardzo długo; na koniec, czując, że musi zadać jakieś pytanie, aby usprawiedliwić zuchwalstwo swego wezwania, spytał, czy Angus, mistrz miłości, wciąż jeszcze żyje i czy trzy ptaki, które uczynił ze swych pocałunków, śpiewają równie słodko jak ongiś? Usta jej poruszyły się, ale mimo iż natężał słuch, nie dosłyszał nic ponad poszmer słabiuchny. Wydawała się jakby odgrodzona od niego i jak gdyby z wielkiej przemawiająca odległości. Widząc, że pytanie było bezpożyteczne, Hanrahan pogrążył się znowu w pełnym zachwytu milczeniu, wlepiając w nią jeno z podziwem oczy; i wpatrywał się wciąż jeszcze, gdy siność przedbrzaskowa zaczęła świtać przez drobne szybki okienne. Wyglądało, że i kobieta dostrzegła tę szarość porankową; demoniczna jej cierpliwość, nader bliska cierpliwości natury samej, urwała się i widziadło rozwiało się razem z nocą.
Cały dzień następny Owen tęsknił do nocy, a gdy nadeszła, napisał znowu słowo i spalił papier, żądając zjawienia się Kliony z Fali Morskiej; i kobieta ukazała się znowu, ale o tyle widoczniejsza, że mógł dojrzeć ściegi jedwabiu na szlaku haftowanych różyczek, który obrzeżał dookoluteńka skraj jej szaty; a gdy bez oczekiwania na pytanie wargi jej zaczęły się poruszać, mógł rozróżnić tu i ówdzie jakieś zdanie pośród dźwięków podobnych szumowi wód oddalonych. Próbowała widocznie odpowiedzieć na jego pytanie i dosłyszał sporo słów zdających się opowiadać o wysokich weselnych i znowu o niskich szlochających nutach ptaków miłości. Następnego wieczora o zmierzchu dopóty przechadzał się z długim kijem po skraju młodego zagajnika, aż strącił znowu i zabił drugiego nietoperza. Tej nocy Kliona była jeszcze bardziej widzialna i słyszalna. Przysłuchiwał się mnóstwu cudownych szczegółów o znaczeniu tych ptasich nut i jak wzbijają się one aż poza najwyższe utwierdzenia niebieskie, by potem opadać znów niżej niż spustoszała ta ziemia, kędy Orchil16 upędza swe żelaznorożne i żelaznokopytne jelenie. A przez cały ten czas Owen frasował się wielce, że sprawił tak wielkiej pani tak wielki kłopot dla rzeczy, na której przecież nie zależało nikomu z ludzi.
Około tygodnia przeszło w ten sposób. Na koniec pewnego dnia tak był w sobie zatopiony, że bydło, którego doglądał, wyrwało się na pole jęczmienia, a nim je spędził do kupy, minęła dawno zwykła godzina przerywania pracy i uczuł się bardzo znużony. Nerwy jego wstrząśnięte tym niepokojem i upiciem się zresztą sprawiały, iż wzdrygał się z każdym dźwiękiem. Wróciwszy do swej chaty, rzucił się na krzesło i zapadł w sen głęboki, z którego zbudził go nagle szmer kogoś poruszającego się w izbie. Gdy sen opadł mu z oczu, ujrzał piękną kobietę w bladoszafranowej sukni przyglądającą się śladom stóp własnych na popiele; na ten widok wspomnienie wszystkich niepokojów i kłopotów, jakich doznał przez kobiety, przesunęło mu się przez myśl i krzyknął prawie: „Kobieto, czego tu chcesz?”.