Zwróciła ku niemu twarz tak pełną delikatnej cielesności śmiertelniczej i uśmiechnęła się doń wargami tak pełnymi człowieczej krwi czerwonej, że nie rozpoznał nieśmiertelnej z tak niedawnych sennych swych widzeń.
„Kochałeś mnie zawsze”, rzekła doń pieszczotliwym głosem, „bardziej niż duszę własną i szukałeś mnie wszędzie i w każdej rzeczy, choć nie wiedziałeś, że mnie szukasz. Teraz oto przyszłam do ciebie i przybrałam śmiertelność, by móc podzielić twe strapienia”. Ujrzał, iż była to istotnie Kliona z Fali Morskiej, ale tak odmienna, że wszystek niepokój, jaki kiedykolwiek kobiety mu sprawiły, i gniew na nie z tego powodu nieuciszony stanęły nagłym murem pomiędzy nim a nią. Zerwał się gwałtownie i krzyknął: „Kobieto, precz stąd! Dość mam kobiet! Znużyły mnie kobiety! Znużyło mnie życie”.
Zbliżyła się doń i kładąc rękę na jego ramieniu, wyrzekła szeptem prawie: „Otoczę cię mirem i cichością, uczynię dni twoje spokojnymi i postarzeję się przy twym boku. Czyliż nie widzisz, że kochałam cię zawsze?”, i gdy to mówiła, głos jej załamał się we łzach. „Pokochałam cię od owej nocy, gdy widziałam cię leżącego na Szarym Okopie i przewracającego się bezsennie z boku na bok, bo ogień w twoim sercu nie zezwalał na chwilę ukojenia. Kocham cię, bo jesteś srogi i namiętny, i dobry, i zły, nie zaś mdły i fali podobny jak plemię czaroludków. Ja to tchnęłam ci w głowę myśl o Księdze Diabła, ja to wpędziłam nietoperza do izby przez wpółotwarte drzwi; a teraz pragnę jeno postarzeć się przy twym boku, o ukochany!”. Jej natrętność rozgniewała go; odepchnął ją od siebie, wołając: „Nie ciebie kochałem, lecz kobietę z plemienia czaroludków!”, i wielkimi krokami zwrócił się w kierunku drzwi. Lecz teraz ona rozgniewała się również. I usłyszał jej głos, gędziebny17 nawet w gniewie, i słowa jej długo pozostały mu w uszach: „Owenie Hanrahanie Rudy, patrzyłeś tak często na proch ziemski, że gdy róża zakwitła, bierzesz i ją także za szczyptę jeno kolorowego pyłu; ale teraz ja rzucam na ciebie klątwę: będziesz odtąd widział różę wszędzie, w kubku piwa, w oku kobiety, w zawierusze widziadeł, i silić się będziesz, aby do niej się zbliżyć — zawsze na próżno; ogień niezgaszalny czuwać wciąż będzie w twej głowie, w twych nogach, w twych rękach. Boleść boleści nad tobą, Owenie Hanrahanie Rudy!”.
Był już prawie świt, blada zieleń dosięgała wschodowych niebios i Hanrahan, spojrzawszy na to, zadrżał, jak gdyby paliło się we własnym jego sercu.
Było już koło północy, gdy wracał do domu: wicher dął przerażający, a on, mocno pijany, z wielką trudnością odbywał tę drogę powrotną, padając od czasu do czasu. Macał przed sobą, szukając drzwi, ale drzwi gdzieś się podziały. Gdzieś podziały się również słupy odrzwiowe. Cała chata gdzieś się podziała i tylko szczątki leżały dokoła na polu, gdzie stał, a wichura miotała w powietrzu wiązkami słomy ze strzechy. I zdawało mu się, że słabiuchne, lecz przeraźliwe głosy gadają coś gniewnie pośród zawieruchy i że, gdyby był trzeźwy, mógłby rozpoznać, o czym mówią. Obejrzał się dokoła w niepewności i ujrzał książkę, leżącą pomiędzy szczątkami chaty, tuż przy żarzącym się jeszcze ognisku. Podniósł ją i wsunął do kieszeni. Następnego dnia sprzedał ją czarownikowi z Wielkiej Krynicy, a opowiedziawszy, co mu się przydarzyło skutkiem jej posiadania, i przedstawiwszy rozgłos, jaki niewątpliwie przyniesie ona czarownikowi, tak że ludzie, którym czarownice zabrały masło, nie będą się z pewnością zwracali do nikogo innego gwoli przyczarowaniu masła z powrotem, otrzymał w zamian trzymiesięcznego prosiaka. Prosiaka wymienił zaraz za piwo słodowe, bo naszło go wielkie pragnienie, a pijaństwo zdawało się nadto obiecywać rzeczy, o jakich nigdy nie śnił przedtem. Następnej niedzieli ksiądz z naganą wymienił go od ołtarza i oświadczył, że chatę jego zwalił gniew Boży, nie zaś czaroludki, jak przypuszczali głupcy. Późno w noc gromadka ludzi zaczęła go poszukiwać i znalazła wreszcie leżącego (i mocno pijanego) przy pozbawionym dachu kominie jego chatyny. Obiwszy nieprzytomnego, aż się rozlegało, i pokropiwszy wodą święconą, włożyli go na wóz i wyprawili za granicę najbliższego hrabstwa.
Kręcenie powrósła i Hanrahan Rudy
Zastanowiwszy się nad kłótnią z księdzem i gniewnymi sąsiadami, Hanrahan doszedł do wniosku, iż zemsta nie jest w jego mocy, i postanowił wyruszyć ku zachodowi, boć gaelicka Irlandia wciąż jeszcze żyła i poeci gaeliccy wciąż jeszcze byli czczeni w okolicach zachodnich. Uciął kij z żywopłotu i jął podróżować z miejsca na miejsce, tu pracując na dniówkę dla wyżywienia się, tam śpiewając pieśń za nocleg; a gdy język angielski i angielskie zwyczaje zamarły gdzieś poza nim, stał się nowym człowiekiem: bo nie byłże ostatnim z tej potężnej linii poetów, która ciągnie się nieprzerwanie od Sanczana Torpeista18 (którego Wielki Kot zjadł tu w pobliżu) i potężniejszego Oisina19, którego serce zaznało nienasyconej przez czterysta lat demonicznej miłości? Jest chwila o zmierzchu, gdy każdy człowiek wygląda szlachetnie, a każda kobieta jest piękna; i on też, dzień po dniu, wędrując powoli i bezcelowo, coraz głębiej i głębiej pogrążał się w tym zmierzchu celtyckim, gdzie niebo i ziemia tak się mieszają, że każde zda się przybierać jakiś cień piękności drugiego. Napełnił mu ten zmierzch duszę żądzą, sam nie wiedział czego, opętał mu ciało upragnieniem20 niepojętych doświadczeń. Kąpał się o północy pod okrągłym wzgórzem, gdzie śpi Balor Złe Oko21 (niepamiętny dni, gdy ludzie podźwigali jego bezwładne skutkiem lat powieki, aby straszliwe spojrzenie mogło paść na danaańskich mieczowników22 i obrócić ich w kamień), a pływając śród gładzi jeziornej śmiał się i śpiewał ku pędzącym po niebie chmurom, aż zaczęły wydawać się niewyraźnymi jeno23 namiętnościami, upędzającymi24 naokół25 jego serca; i wysilał się, aby uczuć, podobnie jak one, srebrne strzały gwiazd przeszywające go na wskroś. Spędził noc w pieczarze, gdzie Grania26 znalazła nieco spokoju, zanim odyniec poszarpał Dermota27, i czar starego, białowłosego Finna28 padł nań, podobnie jak ongiś na nią; a gdy leżał tam, olbrzymie cienie zdawały się zabierać go między siebie, odcieleśniając śpiącego aż ku mglistemu życiu mocy, które nigdy nie żyły w ciałach śmiertelnych. Całą noc przechadzały się w jego snach ukoronowane rubinami, z różami w rękach, a o świcie zbudził się, zgrzebnie odziany chłop, drżący z zimna na glinianej podłodze.
Na koniec zaczął tęsknić do towarzystwa jakiejś ludzkiej istoty, a przede wszystkim do towarzystwa kobiety. Zapukał pewnej nocy do drzwi biało tynkowanego domu farmerskiego, otoczonego z dwóch boków krzakami bzu czarnego, i poprosił o strawę i schronienie grubą czerwonogębą kobietę, która drzwi otworzyła.
„Nazywam się Hanrahan, a ludzie przezywają mnie «Rudy» dla odróżnienia od tego nieuka wierszoklety, którego zwą «Gaelickim». Napisałem Płowego Jana i wiele innych pieśni znanych wszędzie, gdzie mowa Gaelu29 znajduje słuchacza. Proszę dać mi talerz mięsa i łóżko”.
„Szczęsne kamienie mego domu, szczęsna żółta na nim strzecha, że Owen Hanrahan zasiądzie w rogu naszego komina. Ale dlaczego opuściłeś własną okolicę, by pożywać30 chleb między obcymi?”.