„Mam diabła w podeszwach”, odparł poeta, pochylając w niskich odrzwiach głowę. Wszedł, nucąc pogłosem:
Nigdym nie widział dziewki cichej,
By mi skinęła choć ruchem brwi,
Bo wichry, które budzą gwiazdy,
Dmą tylko w mojej krwi.
Nigdym nie widział dziewki cichej,
By w snach samotnych skinęła mi,
Bo głos, co budzi błyskawice,
W mym sercu jeno brzmi.
Dośpiewał piosnkę i posunął się ku środkowi izby, jeszcze zanim wyrzekł utarte: „Boże, chroń wszystkich tutaj” i usłyszał wzajemne: „Boże cię chroń łaskawie”, odmruknięte przez liczne głosy. Mnóstwo twarzy otaczało go, a skrzypek zaczynał właśnie grać w kącie izby. Rozejrzał się dokoła i poznał z rozsypanych na progu pierwiosnków, że była to Wigilia Maja31 i że oczekiwano z tańcami i muzyką narodzin lata. Oczy jego zabłąkały się z pierwiosnków na miłe dziewczę marzycielskiej powierzchowności siedzące przy ogniu. Wielkie jej źrenice spotkały się z jego spojrzeniem i zapłoniła się. Usiadł przy niej i zanim szepty, że to właśnie Hanrahan Rudy, obiegły izbę dookoła, rozpoczął szczwane pochlebstwa swej głęboko muzykalnej mowy gaelickiej. I zanim tancerze dali zmęczonemu skrzypkowi chwilową przerwę i możność pociągnięcia ze stojącego na podorędziu glinianego dzbana, zdążył już porównać piękność jej z pięknością białej Deirdry32, opowiedział jej o snach, które skierowały stopy Adeny33 ku mglistemu królestwu czaroludków, dał jej wreszcie uczuć, że i ona, skoro doznawała, gdy mówił, radości zmieszanej z melancholią, pochodziła także z pokolenia królewskich cór starożytności i że nieporadni tancerze dokoła niej byli tylko cieniami nawiedzającymi ścieżki jej wygnania. Zanim skrzypek po raz drugi zrobił przerwę i po raz drugi przyłożył usta do dzbana, gruba, czerwonogęba kobieta zaczęła czuwać nad córką i czuwała przez cały ten wieczór; i wciąż ci dwoje rozmawiali z głowami pochylonymi ku sobie, nie zwracając uwagi na taniec i skrzypka, i wciąż rumieńce dziewczęcia pojawiały się i znikały jak burzliwe słońca zachody.