„Tak stary jak ja!”, rzekł Hanrahan złamanym głosem. „Będzie przynajmniej dwadzieścia lat między nim a mną. Ale zła godzina przyszła na Owena Hanrahana, że złotowłoska z liczkiem jak kwiat majowy uważa go za starego człowieka. Kochaneczko, kochaneczko, ugodziłaś mnie strzałą w serce!”. Odwrócił się i poszedł powoli drogą z oczyma w ziemi utkwionymi, a ona siedziała w łącznej trawie, patrząc za nim z zakłopotaniem. Kiedy szedł tak w kierunku Podmieścia Przymostowego z oczyma wbitymi w biały pył drożny, przygarbiony, wyglądał rzeczywiście na starego człowieka. Przeszedł ze trzy czwarte mili, gdy spojrzawszy w górę, spostrzegł wielkiego, plamistego orła żeglującego powoli ku Wzgórzu Awlejskiemu, i zatrzymawszy się, krzyknął mu to oskarżenie: „I ty także, orle ze Wzgórza Awlejskiego, jesteś stary i skrzydła twoje pełne są szpar po wypadłych piórach. Wpakuję i ciebie, i twych dawnych kamratów, szczupaka z Jeziora Dargańskiego57, i drzewo cisowe z Urwiska Cudzoziemców, w swój wiersz, abyście byli przeklęci na wieki!”.

Po lewej stronie drogi stał krzak okryty kwieciem majowym i lekki podmuch wiatru otrząsł58 białe płatki na jego płaszcz.

„Kwiecie majowe!”, rzekł, zgarniając ich garstkę w zagłębienie dłoni, „ty nie zaznasz goryczy podeszłego wieku, bo mrzesz w dobie piękności. I ciebie włożę w swój rym, i dam ci błogosławieństwo!”. Usiadł pod krzakiem i zaczął układać wiersz, nucąc go sobie półgłosem, a kwiecie majowe osypywało59 go tymczasem swymi płatkami. Skończył wreszcie i oto jest rym, który stworzył:

Poeta Owen Hanrahan, pod kwietny siadłszy krzak,

Klnie naprzód własną głowę, że mu siwieje tak;

Potem cętkowanego orła z awlejskich wzgórz,

Bo to z najstarszych stworzeń najstarsze chyba już;

I cis, co zielenieje od niespamiętnych dni

Na Urwie Cudzoziemców, gdzie Szpary Wichrów drzwi;

I starego szczupaka, co w Darganie się zlągł