Po niedługiej wszakże chwili sroka przeleciała mu przez drogę i śmigając przodem jak wyrzucona z procy, zaświeciła na nietynkowanym murze kamiennym po lewej jego ręce. Na ten zły znak przestał śpiewać. Sroka po raz drugi przefrunęła na krzyż drogę, znowu usiadła na wprost przed nim i nie powróciła do własnych spraw, póki po raz trzeci nie mignęła mu tuż przed twarzą, połyskując w słońcu białymi piórami.
„Ach”, zamruczał Hanrahan, „oni znów zamierzają jakieś łotrostwo przeciwko mnie”, i z tymi słowy zamarła w nim wszelka chęć do śpiewu, a brwi zmarszczyły się gniewnie po raz pierwszy od chwili, gdy nastała piękna, jasna pogoda. Przez „nich” rozumiał czaroludków, którzy krzątali się we wszelkiego rodzaju wypadkach, by jak bądź wejść mu w drogę, odkąd odrzucił miłość Kliony z Fali Morskiej.
Był czas, gdy z lekkim sercem stawiłby czoło najgorszym ich przedsięwzięciom, ale teraz wiek już nadchodził i schmurzał ochoczość ducha upodobaniem do spokojnej gnuśności i oczekiwaniem cichego, łagodnego końca. Zmienił się wielce od niedawna: ruda czupryna spłowiała do żółcizny, a postać przygarbiła się bardzo od owych chwil, gdy zabawiał się z kobietami, żebrakami i skrzypkami w sligońskim Burrough.
Po chwili zatrzymał się w milczeniu, bo czujne jego ucho przychwyciło51 gdzieś pośród pól po prawej ręce dźwięk jakiś, jakby szlochania. Doszedł do miejsca, gdzie boczna drożyna prowadziła przez pola do chatki drobnego farmera. Zajrzał poprzez mur z nietynkowanych głazów i zobaczył młode dziewczę leżące w wysokiej trawie łącznej twarzą do ziemi i szlochające głośno. Twarzy nie widział, bo była ukryta w dłoniach, ale miękki falisty włos i młodociana postać przypomniały mu Brygidę Purcell, Małgorzatę Gillen, Maurię Connellan, Oonę Curry, Celię Driscoll i inne piękne a ułomne kobiety, których imiona wplótł w swoje wiersze.
„Kochaneczko”, rzekł głosem zarazem dumnym i łaskawym, gdyby52 król przemawiający do jakiegoś dobrze lub źle obdarzonego przez los poddanego. „Kochaneczko”, powtórzył, bo wysoka trawa czyniła ją głuchą. Spojrzała w górę i poznał ładną, biało-różową twarzyczkę, którą mijał niejednokrotnie na swych przechadzkach do Podmieścia Przymostowego i z powrotem. „Kochaneczko, troska jakaś cię udręcza53 i nie byłoby mi do twarzy przejść sobie obojętnie, gdy płaczesz. Jestem Hanrahan Rudy, nie zaś zwykły człowiek, który choć się lituje, nic pomóc nie może; ja opiekuję się szkołą w Podmieściu Przymostowym i znam język łaciński, a po śmierci siedzieć będę na złotej ławie z najpotężniejszymi ze śpiewaków Erynu54, przysłuchując się biciu serca Bożego. Wielkie były me nieprawości i wielkie też znosiłem prześladowania, lecz, kochaneczko, mogę w ślad za litością okazać i pomoc!”. Dziewczę usiadło i patrzyło teraz wprost55 na niego, a łzy wciąż staczały się po jej policzkach.
„Owenie Hanrahanie”, rzekła, „wiem dobrze, jak wielkie były twe winy, jak wielkie znosiłeś prześladowania i jak wiele wrogich i złośliwych trafów wznieciła ona przeciwko tobie56”. Pochyliła się ku niemu, ciągle wsparta na ręce, i głos jej zaczął drżeć z gorącego pragnienia. „Zaznałeś, co to jest wyrządzone ci zło, i użalisz się nad tymi, którym zło wyrządzają; obiecujesz zrobić, o co cię poproszę, Owenie Hanrahanie?”.
„Obiecuję”, odpowiedział.
„Ojciec i matka, i bracia”, przeszła do rzeczy, „chcą wydać mnie za starego Paddy’ego Doe dla jego stu akrów dzierżawy tam, pod Górą, a ja chciałabym, abyś wpakował go w rymy, jak to uczyniłeś ze starym Piotrem Kilmartinem za czasów, gdyś był młody; niechaj ta zgryzota wciąż wisi nad nim, czy to będzie wstawał, czy kładł się do snu”.
„Wpakuję go w piosnkę, która mu przyniesie wstyd i zgryzotę; ale ileż on ma lat, abym mógł je wymienić w piosence?”
„Och, on ma lata lat — on jest tak stary jak ty, Owenie Hanrahanie”.