Za to go aż do zgonu ma ścigać klątwy cios.
A teraz błogosławi poeta — wiosny kwiat.
Co w piękności się rodzi, by w piękności też spadł.
Ukończywszy wiersz, zapalił czarną fajeczkę i siedział pod krzakiem, bo namiętność bardów rzucających klątwy owładnęła nim, i obmyślał sposoby, jakby rozgłosić swoją klątwę po całej okolicy. Wiedział, że był to dzień jarmarczny w Mieście Rzeki Shelly i że handlujący musieli koniecznie, udając się tam lub wracając, przechodzić tędy. Po chwili ukazał się istotnie na drodze chłopak pędzący osła objuczonego dwoma koszami torfu i Hanrahan dał mu znak, by się zatrzymał.
„Chłopuszku”, rzekł, „napisałem klątwę na starość i starych ludzi i chciałbym, aby ją śpiewano dziś jeszcze w Mieście Rzeki Shelly”.
„Daj mi ją, Hanrahanie”, odrzekł chłopiec, „a ja będę ją dawał każdemu, kto zechce”.
Hanrahan odczytał mu wiersz.
„Hej”, zawołał chłopiec, „znam ci starego Michała Gilla bardzo dobrze. Przeszłego60 roku, w wigilię św. Jana, wrzuciliśmy mu mysz do komina, ale to jest lepsze niż mysz!”.
Hanrahan kazał chłopcu powtórzyć wiersz kilka razy, dopóki go nie umiał zupełnie dobrze, a potem zlecił mu pójść do Burrough, wyrecytować go Małgorzacie Rooney i Marii Gillis i prosić je, aby go śpiewały same i dały do śpiewania żebrakom i dziadom na nutę Zielona wiązka sitowia.
Chłopiec skwapliwie puścił się w drogę żądny, by jak największą wyciągnąć korzyść ze swego nowego znaczenia, a tymczasem Hanrahan wytrząsnął popiół z fajeczki, strzepnął białe płatki ze swego płaszcza i wsadził kwietną gałązeczkę w dziurkę od guzika.