Gdy Hanrahan przybywał do rozwalonej stodoły w Podmieściu Przymostowym, gdzie uczył łaciny z mszału, angielskiego zaś z Żywotów znakomitych hultajów i rabusiów, musiał zgromadzać61 uczniów z sąsiednich wzgórz i dolin. Jedna ich część bawiła się zazwyczaj na brzegu morskim, między dwoma utoczonymi przez wodę kamieniami, w „gospodarstwo” za pomocą różnych szczątków potłuczonego naczynia domowego, inni znowu — w „żabę-skoczka” na szczycie wzgórza; a nim zdołał zebrać ich do kupy, zwykle połowa dnia już upłynęła. Dziś postanowił nie słuchać lekcji62, lecz wyjąwszy gałązkę biało-różowego kwiecia z dziurki od guzika, położył ją przed sobą na pulpicie.
„Dzieci”, rzekł, „wy i wszelkie piękno tego świata jesteście jak maj. Nadleci wicher i oto zwiał was bez śladu. Dzieci, napisałem klątwę na starość i starych ludzi, zaśpiewam ją wam, posłuchajcie”. Zaśpiewał im wiersz, następnie kazał zapisać słowa na tabliczkach szyfrowych i odśpiewać je nawzajem63, po czym na ten dzień uwolnił64 ich ze szkoły.
Spał dobrze tej nocy. Następnego ranka wcześnie zjawił się w szkole i siedząc przede drzwiami z fajeczką w ustach, wyczekiwał na uczniów nadchodzących małymi gromadkami. Byli wszyscy, z wyjątkiem dwóch lub trzech, i Hanrahan przyglądał się właśnie miejscu słońca na niebie, aby wiedzieć, czy czas już zacząć lekcję, gdy nagle spostrzegł tłum zbliżający się krętą ścieżyną od głównej drogi. Wkrótce rozpoznał, że był to tłum starych ludzi, że trzej idący przodem byli to właśnie Paddy Bruen, Michał Gill i Paddy Doe i że wszyscy nieśli krótkie a ciężkie pałki. W tejże chwili oni dojrzeli go i pałki zaczęły wywijać w powietrzu tu i ówdzie, a stare nogi — biec.
Nie czekając dłużej, jął uciekać przez wzgórze za stodołą, a potem wielkim okręgiem z powrotem, do swego domu. Namyślał się chwilę w miejscu, gdzie droga robi zakręt, odsłaniając widok na jego chatę, i ujrzał, jak inna gromada już otoczyła dom i była właśnie zatrudniona wpychaniem ożoga z garścią palącej się słomy w jego strzechę.
„Ach!”, zawołał, „wzburzyłem przeciwko sobie Starość i Czas, i Znużenie, i Chorobę i oto znowu wracać mi trzeba do dawnej włóczęgi! O błogosławiona Niebios Królowo! Chroń mnie od orła ze Wzgórza Awlejskiego, od drzewa cisowego na Urwisku Cudzoziemców, od szczupaka w Jeziorze Zamku Dargańskiego i od wszystkich ich krewniaków w Erynie!”.
Widzenie Hanrahana Rudego
Hanrahan, po długiej włóczędze z miejsca na miejsce, po noclegach raz w stodole, kiedy indziej pod stogiem siana, postanowił przedrzeć się na przełaj przez góry między Twierdzą Cudzoziemców a Urwiskiem Cudzoziemców z myślą posunięcia się aż na północ hrabstwa Leitrim, gdzie może jego pieśni miłosne będą znane, a satyry nieznane i gdzie mała kwadratowa harfa, zwisająca mu na plecach, nowością będzie i uciechą. Odkrywszy wszakże opuszczoną chatę pasterską, osłoniętą dobrze przez wielką skałę i prastare drzewo cisowe, o którym ludzie opowiadali, że posadził je pustelnik trzykroć starszy od zwykłego człowieka i które nie miało uschnąć, póki nie osiągnie potrójnych lat pustelnika, zmienił zamiar i zabrał się do roboty, wplatając pęki sitowia w połamaną strzechę i zapychając dolną połowę okna, w której szyby były powybijane, bryłami murawy. Zmienił zaś pierwotny zamysł swój tym skwapliwiej z powodu Maivy Lavell, kochanki lat młodych, najdroższej może pośród wielu innych, która przybyła, przed tylu, tylu laty, z południa, aby go odszukać, a teraz leżała pogrzebana na małym, trawą zarosłym cmentarzyku u stóp góry. Ciężko mu się zrobiło na sercu, gdy pomyślał, że postawi całą tę wielką masę Urwiska Cudzoziemców i góry Gulben pomiędzy sobą a nią. Zatrzymał się na chwilę przy jej mogile, zanim rozpoczął wdzierać się na górę, ale gdy zmierzch jął zapadać i gdy praca na dziś była ukończona, udał się wąską, stromą ścieżyną, wydeptaną w brunatnym mule przez osły całych pokoleń kopaczy torfu, i wkrótce siedział znowu pod drzewkiem dzikiej róży, które było jedynym pomnikiem tak wielkiej namiętności i piękności. Siedział tam pełen myśli i wspomnień śród padającej rosy i poprzez gałęzistą siatkę drzewka różanego przyglądał się gwiazdom wschodzącym jedna po drugiej, aż stopniowo dawna namiętność, złagodzona teraz przez nowy żal i zgryzotę z powodu więdnięcia własnych władz twórczych i rozluźnienia się dawnego przywiązania do życia, zaczęła napełniać mu oczy łzami. Palce jego jęły igrać z metalowymi strunami małej harfy kwadratowej, a wargi coś szeptać, jak gdyby usposobienie ducha samo kształtowało się w pieśń. I wkrótce śpiewał już na zapomnianą dzisiaj nutę, taką pełną smutku bezbrzeżnego, mimo dziwacznego tytułu Pastuchy, dzieci Byrny:
Złotowłoski klęczące przed ołtarzową kratą od lat, od lat.
Jeśli w pieśni, którąm splótł dla kochanki, ukryte modlitwy brzmią,
A dym zgasłego serca drga w fioletach powietrza przewonną mgłą