Tłumiąc mirr i kadzideł zamierający z wolna ostatni ślad:

Pochylcie się i módlcie za grzech wielki w tej pieśni najskrytszych dum,

Aż Maurya Przebolesna uderzy w święty, słodki, litosny żal,

Wołając do kochanki mej i do mnie: „Nie lećcie już, dzieci, w dal,

Między ten trzepocący się, żałosny, pokutnie skruszony tłum”.

Dośpiewawszy pieśń, siedział chwilę bez ruchu, potem wyciągnął rękę, zerwał wątły kwiat, widoczny na tle trzech białych gwiazd, i ucałowawszy go tkliwie, wplótł jego łodyżkę między struny swej harfy. Zaczął wspinać się z powrotem na wzgórze, ale droga wydawała mu się tak długa i nużąca, że często siadał nad zielonym rowem przy ścieżynie. Podczas jednego z tych wypoczynków znalazł się na krawędzi wzgórka czy królestwa, jak go nazywał, i przyszły mu na pamięć pewne starożytne poemata65, opowiadające o grzesznych kochankach, których miłość wzajemna budzi ze snu grobowego na życie cieniów w krainie czaroludków, gdzie oczekują sądu, wygnani sprzed obliczności Pańskiej66. Zastanawiał się, czy i on z Maivą mieliby również tak wędrować, jaka mogłaby być ich kara i czy demony prześladowałyby ich, czy też musiałyby czekać, aż będą osądzeni. Poszedł dalej z westchnieniem, a gdy zatrzymał się znowu, było to, aby zbierać sitowie na pościel, z zajętymi zaś rękoma nie mógł już myśleć.

Rozpostarł sitowie w rogu chaty, a ponieważ było jeszcze wcześnie, poszedł na Urwisko Cudzoziemców i, spuściwszy się aż ku samemu skrajowi przepaści, patrzał na dolinę, poruszając bezcelowymi palcami struny swej harfy. Dolina była pełna szarej mgły rozpościerającej się od jednej góry do drugiej; w przejętej grozą jego wyobraźni przybierało to pozór tłumu tłoczących się widziadeł i przez to przywidzenie serce biło mu lękiem i rozkoszą zarazem. Niezadługo, na wpół już tylko rozumiejąc, co czyni, zaczął obrywać płatki róży ciągle jeszcze wiszącej na strunach harfy i patrzeć, jak w powolnym opadzie unoszą się nad otchłanią drobnym trzepocącym się stadkiem.

Nagle usłyszał słabiuchną muzykę, która miała jednak większy obwód wzruszeniowy, niż zdolne są osiągnąć ludzkie palce, bo raz była to uciecha nie do zniesienia, a potem znów nie do zniesienia smutek, i lęk jego stał się rozkoszą, bo poznał, że czaroludki są gdzieś w tej otchłani. Oczy miał wlepione w stadko trzepocących się płatków, a te, gdy patrzał, jęły zmieniać się i wyglądać raczej na gromadkę mężczyzn i kobiet idących przez ciemność gdzieś daleko, lecz będących jeszcze na wpół płatkami róży. Potem ta dwoistość zanikła i był to już rzeczywiście długi orszak wspaniałych par przechadzających się pośród oparów. Zamiast oddalać się, zbliżały się ku niemu, mijały go powoli, a twarze ich pełne były dumnej tkliwości i wybladłe jak gdyby z nieugaszonego pragnienia rzeczy dostojnych a smutnych. Bezcielesne jakieś ramiona wyciągały się z oparów, jak gdyby chcąc przychwycić ich, ale na próżno; przechodzili w niepogwałconym spokoju. Przed nimi i za nimi, ale w odległości, jak gdyby przez poszanowanie, zjawiały się inne postacie, opadające i podrywające się w górę, nurkujące i wzlatujące; i Hanrahan w bezładnej ich zawierusze poznał boską ongiś czaroludków rodzinę; ku nim nie wyciągały się żadne bezcielesne ramiona, bo oni byli z tych, co nie mogą ani grzeszyć, ani być posłuszni. Wszyscy maleli stopniowo w oddaleniu, krocząc lub ulatując ku białym kwadratowym drzwiom ziejącym na zboczu góry Gulben. Teraz opary rozpostarły się przed nim znowu niby morze bezludne, opłukujące zbocza gór fantastycznymi falami, ale gdy patrzał wciąż na nie, zaczęły napełniać się jakimś płynnym, przerywanym, niedoskonałym życiem, będącym ich częścią składową, i znowu ramiona oraz blade pod rozwichrzeniem włosów twarze ukazały się pośród szarości. Rosło to wyżej i wyżej, aż wezbrało na równi z krawędzią skały, i wtedy postacie jęły stawać się bardziej trwałe i nowa procesja, na wpół zgubiona w oparach, przesunęła się nierównymi krokami, lecz bardzo powoli, a w samym środku każdego cienia migotało coś w świetle gwiazd. Zbliżali się coraz bardziej i Hanrahan ujrzał, że byli to także kochankowie, ale że zamiast serc mieli ukształtowane w formie serc zwierciadełka i zaglądali ustawicznie jedno drugiemu w te lusterka z ciężką zadumą rozważania na obliczach. I ci minęli, zapadając się i tonąc podczas pochodu, i nowe postacie wynurzały się na ich miejscach, te wszakże nie przesuwały się już parami jak poprzednie, lecz jedna uganiała za drugą z dzikimi rąk ruchami.

Uciekały kobiety z cudnymi głowami, pełnymi najwyszukańszego życia, na widziadlanych, pozbawionych krwi ciałach. Dokoła nich rozwiewały się i drgały ich długie włosy, jak gdyby żyjąc jakimś życiem śmiertelnym. Nagłe wzdęcie się mgieł zasłoniło je, a potem lekki chwilowy podmuch od strony gór zwiał je precz ku północnemu zachodowi, nakrywając jednocześnie Hanrahana białym skrzydłem oparów.

Powstał, drżąc, i miał już odwrócić się od przepaści, gdy ujrzał dwie ciemne, na wpół widoczne postacie unoszące się w powietrzu tuż poza krawędzią. Jedna z nich spoglądała z mgły błagalnym wzrokiem. „Mów do mnie”, rzekła wreszcie kobiecym głosem. „Oto minęło pięćset lat, odkąd ktoś z ludzi czy demonów odezwał się do mnie”.