Twarz jakaś chyliła się nad nim, gdy przyszedł do siebie, i pomimo słabości, oszołomienia i bólu wzdrygnął się ze zgrozą, gdy ogień torfowy, czerwony teraz i skaczący, rzucił blask na poszczerbione i poczerniałe zęby oraz na stężałe od błota łachmany starej Whinny Byrne. Przyglądała mu się przez chwilę z wytężeniem, bo ociężałe jej zmysły zdawały się potrzebować czasu, aby upewnić się, że nie umarł; potem położyła przy nim mokre płótno, zbroczone krwią z jego twarzy, i zaczęła wstrząsać garnkiem, z którego wydobyła wreszcie parę kartofli i podała mu je z niewyraźnym pomrukiem. Przez całą noc, o ile nie tonął w urywanym, gorączkowym śnie, widział ją krzątającą się tu i ówdzie albo też pochyloną przy kominie z wyciągniętymi nad ogniem pomarszczonymi rękoma; raz czy dwa przychwycił słowa jej monotonnej pieśni, stłumionej w słabe pomrukiwanie. O świcie podniósł się na wpół mimo wielkiego bólu i wskazał skórzaną sakiewkę wiszącą przy kominie. Whinny otworzyła ją i wyjęła nieco miedzianej i srebrnej monety, ale upuściła ją z powrotem, zdając się nie pojmować jej celu, może dlatego że nawykła żebrać nie o pieniądze, lecz o kartofle i kawałki chleba czy mięsa, a może dlatego że przeświadczenie o własnej piękności owładnęło nią ze zdwojoną gwałtownością w radosnym upojeniu brzasków. Wyszła na dwór, wróciła z naręczem wrzosu i rzuciła je na niego, bełkocąc coś o poranku, że jest „zimny, zimny, zimny”. Potem przyniosła jeszcze z tuzin takich naręczy i zwalała je na pierwsze, póki go dobrze nie przykryła. Wtedy poszła sobie w dół zboczem góry i krzyk jej „jam piękna, jam piękna” z wolna zamierał w oddali.
Hanrahan leżał cały dzień w wielkich bólach, niedających mu nawet zastanowić się, czy Whinny Byrne opuściła go na dobre, czy też powróci i podzieli się z nim zyskiem ze swej żebraniny. Nieco po zachodzie słońca usłyszał jej głos na zboczu wzgórza i rozpaliła znowu ogień tej nocy, ugotowała ziemniaki i podzieliła się z nim jak nocy poprzedniej. Kilka dni przeszło w ten sposób i brzemię ciała ciężko na nim legło, ale stopniowo, w miarę wzrastającego osłabienia, zaczęło mu się zdawać, że gdzieś tuż obok są jakieś moce, z każdą chwilą liczniejsze, które mogłyby w mgnieniu oka przełamać mur wzniesiony dokoła niego przez zmysłowe wrażenia bólu i zabrać go z tej ziemi w swój świat. Miewał chwile, gdy dochodziły go jakieś słabiuchne, ekstatyczne, sitowianym szelestom podobne głosy, nawołujące to z naddasznego drzewa, to z płomieni w ognisku. W innych chwilach izbę wypełniała po brzegi przenikająca muzyka. Nieco później osłabienie przyniosło zanik bólu i nieruchliwe zakwity milczenia, w których niby wątłe światło pośród mgły ekstatyczne, sitowia szelestom podobne głosy, odzywały się niepewnie, lecz ustawicznie.
Jednego ranka posłyszał muzykę gdzieś za drzwiami, a w miarę jak dzień się posuwał, stawała się ona coraz głośniejsza i głośniejsza, aż wreszcie zagłuszyła ekstatyczne, sitowiane głosy i nawet głos starej Whinny na zboczu wzgórza o słońca zachodzie. Około północy zdało mu się, że ściany roztapiają się i zanikają i że łóżko jego unosi się w mglistym i bladym świetle dochodzącym ze wszech stron z jakiejś nieobliczalnej odległości. Po pierwszym olśnieniu oczu ujrzał, iż światłość ta pełna była niewyraźnych wielkich postaci miotających się tu i ówdzie. W tejże chwili muzyka stała się tak wyraźna, że pojął, iż były to ustawiczne poszczęki mieczów. „Umieram”, rzekł sobie, „i to pośród muzyki niebieskiej. O cherubiny i serafiny, przyjmijcie duszę moją!”. Na ten wykrzyk najbliższa sfera światłości napełniła się iskrami o wiele jaskrawszego blasku; i dostrzegł, że były to ostre końce mieczów skierowane ku jego sercu. Potem nagły płomień przemagający wszystko, jak się zdawało, na kształt bolesnej namiętności przeleciał przez całą tę światłość i znikł. Hanrahan znalazł się w ciemnościach. Z początku nie widział nic, bo było tak ciemno, jak gdyby go zamknięto w czarnym marmurze; stopniowo dopiero światło ognia jęło słabo połyskiwać na postaci Whinny Byrne, która chyliła się nad ogniskiem z oczyma wlepionymi w jego łóżko. Podniosła się i podeszła ku niemu. Ekstatyczne sitowiane głosy wszczęły swą wrzawę na nowo, podczas gdy nikła, gołębioszara jasność jęła wkradać się do pokoju, nie wiedział już, z jakiego tajemniczego świata. Ujrzał wyschłą ziemistą twarz i wyschłe ziemiste ramiona i pomimo całego osłabienia odsunął się kurczowym ruchem ku ścianie; potem niewyraźne białe ramiona, jak gdyby ukształtowane z promieniejącego obłoku, ukazały się spod stężałych od błota łachmanów i objęły uściskiem jego ciało, a głos, brzmiący słabo i z oddalenia, ale przy tym cudownie wyraźny, szeptał mu do ucha: „Nie będziesz mnie już szukał na łonach kobiet”.
„Kto jesteś?”, zamruczał.
„Jam z tych”, brzmiała odpowiedź, „co mieszkają w duszach szaleńców, chorych i umierających i moim jesteś, póki świat nie stopi się jak wosk. Patrz, już zapalili nasze weselne świecie woskowe!”. I ujrzał w powietrzu stłoczenie bladych rąk, z których każda trzymała długą świecę woskową o słabym płomyku, jakby knota trzcinowego.
Whinny Byrne siedziała przy zwłokach do ranka, potem poszła znowu żebrać od jednej baronii do drugiej, a monotonny jej śpiew stosował się do taktu pomarszczonych pięt uderzających w lepką kurzawę: „Jam piękna, jam piękna; ptaki w powietrzu, ćmy pod listowiem, muchy nad wodą przyglądają mi się, bo nigdy nie widziały nikogo piękniejszego ode mnie. Jam młoda, jam młoda, przypatrzcie mi się, góry, przypatrzcie mi się, zamierające lasy, bo ciało moje wciąż połyskiwać będzie jak białe wody, gdy was już pośpieszna schłonie znikomość. Wy, i rody ludzkie, i pokolenia zwierzęce, i rodzaje rybie czy uskrzydlone, rozpadać się musicie jak topiąca się świeca, ja wszakże śmieję się w głos, wspominając swą młodość!”. Nie powróciła już, gdy noc zapadała ani w ogóle nigdy, do chatki pasterskiej; i dopiero po kilku dniach wycinacze torfu znaleźli ciało Owena Hanrahana Rudego i przybrawszy do pomocy płaczków i baby zawodzące, wyprawili mu pogrzeb godny tak wielkiego poety.
Przypisy:
1. Miasto Siwego Jeziora — być może chodzi o Loughrea, miasto w hrabstwie Galway, które po irlandzku nazywa się Baile Locha Riach, co znaczy „miasto szarego/siwego jeziora”. [przypis edytorski]
2. czaroludki — chodzi o aes sídhe, rasę istot z mitologii irlandzkiej przypominających elfy. [przypis edytorski]
3. sądek (gw.) — drewniane naczynie na płyn, cebrzyk. [przypis edytorski]