— Bah! — zaprotestował żywo Wielki Kanclerz Koronny — pismo niniejsze nie jest pismem Najjaśniejszego Pana. — (Trzeba wam wiedzieć, że Lulejka poczynił ogromne postępy w kaligrafii na uniwersytecie studentopolitańskim i daleko ładniej pisał teraz aniżeli przed rokiem.)

— Czy to twoje pismo, Lulejko? — odezwała się niespodziewanie Czarna Wróżka i surowy wzrok swój utkwiła w obliczu młodego króla.

— M... m... moje — wyjąkał Lulejka. — Ale nie mogę sobie przypomnieć, żebym kiedykolwiek coś podobnego podpisał na serio. To chyba żart jakiś niewczesny albo podstęp okrutny. Mów, poczwaro, czego żądasz w zamian za ten świstek papieru? Prędzej, sole trzeźwiące! Jej Królewska Mość mdleje!

— Utopić wiedźmę przeklętą!

— Spalić czarownicę!

— Zadławić tę gadzinę!

wykrzyknęli jednogłośnie zapalczywy Paliwoda, wierny Bałaguła i popędliwy marszałek Zerwiłebski.

Ale Gburia-Furia uwiesiła się na szyi arcybiskupa. — Sprawiedliwości! — darła się tak przenikliwie, że głos jej zagłuszał wszystkich. Damy dworu wyniosły zemdloną Różyczkę i odeszły do bocznej komnaty. Trudno wypowiedzieć, jak bolesnym spojrzeniem pożegnał Lulejka swoje ukochanie, swój promyk słoneczny, który teraz zniknął mu z oczu, i jak wzdrygnął się, usłyszawszy tuż nad uchem skrzek Gburii-Furii domagającej się „sprawiedliwości”.

— Czy nie zrzekłabyś się, waćpani, tego dokumentu za sumę, którą Mrukiozo skradł memu ojcu? Jest tam około dwustu milionów i coś niecoś drobnymi — powiedział Lulejka.

— Ciebie mieć pragnę i pieniądze twoje! — odparła Gburia-Furia.