Jej płaszczyk podarty był na strzępy, a na nóżkach miała jeden tylko, i to bardzo podarty trzewiczek.
— A cóż to za szkaradny brudas! — zawołała Gburia-Furia. — Kto cię tu śmiał wpuścić do ogrodu, obdartusie paskudny?
— Daj mi ciastecko — odezwała się mała dziewczynka. — Jestem baldzo, baldzo głodna...
— Głodna? Co to znaczy głodna? — zapytała Angelika, dając dziewczynce ciasteczko.
— Ach! Ach, księżniczko, jakże dobra, jak anielsko dobra jesteś — rzekła Gburia-Furia. — Spójrzcie tylko, Najjaśniejsi Państwo — tu zwróciła się do króla i królowej, którzy nadeszli właśnie w towarzystwie małego księcia Lulejki. — Spójrzcie na tego uroczego aniołka, na to wcielenie dobroci. Właśnie spotkałyśmy tutaj tę brudną małą nędzarkę, nie wiem, dlaczego straże dworskie nie ubiły na śmierć tego szkaradzieństwa, nie wiem, jakim sposobem przylazło to aż tutaj, i — raczcie tylko miłościwie spojrzeć, Dostojni Państwo — mój mały, słodki aniołek, moje cudne kochanie daje temu brudasowi swoje własne ciasteczko!
— Nie lubię wcale takich ciastek — rzekła Angelika.
— To nic, niemniej jesteś prawdziwym aniołem dobroci, księżniczko — ozwała się guwernantka.
— Rozumie się — potwierdziła Angelika. — A ty, mały brudasku, powiedz, czy nie jestem naprawdę śliczna?
Istotnie, księżniczka, uczesana starannie w długie wijące się loki i ubrana w najpiękniejszą w świecie sukienkę i najpiękniejszy w świecie kapelusz, wyglądała bardzo ładnie.
— Baldzo lićna, baldzo lićna — rzekła mała dziewczynka i poczęła zaraz radośnie dygać i tańczyć, i śmiejąc się, zajadała z wielkim smakiem ciastko. Ruchy jej były lekkie i zwinne, a cała postać niezwykle milutka; kręcąc się zgrabnie wkoło, przyśpiewywała ochoczo: