Merkucio. To koncept z koźlej skórki, której cal da się
rozciągnać tak, że nim opaszesz całą głowę.
Romeo. Rozciągnę go do wyrazu głowę, który połączywszy
z gęsią, będziesz miał gęsią głowę.
Merkucio. Nie jestże to lepiej, niż jęczeć z miłości? Teraz
to co innego; teraz mi jesteś towarzyskim, jesteś
Romeem, jesteś tem, czem jesteś; miłość zaś jest podobna
do owego gapia, co się szwenda, wywiesiwszy
język, szukając dziury, gdzieby mógł palec wścibić.
Romeo. Stój! Stój!
Merkucio. Chcesz, aby się mój dowcip zastanowił w samym
środku weny?
Romeo. Z obawy, abyś tej weny zbyt nie rozszerzył.
Merkucio. Mylisz się, właśnie byłem bliski ją ścieśnić, bo
jużem był doszedł do jej dna i nie miałem zamiaru
dłużej wyczerpywać materyi.
Romeo. Patrzcie, co za dziwadła!
(Wchodzi Marta z Piotrem).
Merkucio. Żagiel! żagiel! żagiel!