Marta. Czy człowiek pański dobry do sekretu?
Bo gdzie się skrycie prowadzą układy,
Tam dwóch już, mówią, za wiele do rady.

Romeo. Ręczę za niego: jest to wierność sama.

Marta. A więc wszystko dobrze. Co też to za miłe stworzenie
ta moja panienka! Co to nie wyprawiało, jak
było małem! Chryste Panie! Ale, ale, jest tu na mieście
jeden pan, niejaki Parys: ten ma na nią dyabli
apetyt; ale ona, poczciwina, wolałaby patrzeć na bazyliszka,
niż na niego. Przekomarzam się z nią nieraz
i mówię, że ten Parys, to wcale przystojny mężczyzna;
wtedy ona, powiadam panu, za każdym razem aż blednie,
zupełnie tak jak ponsowa chusta na słońcu. Proszę
też pana, czy rozmaryn i Romeo nie zaczyna się
od takiej samej litery?

Romeo. Nieinaczej: jedno i drugie od R.

Marta. Tak i mnie się zdawało, tylko Romeo inne ma
zakończenie. Co też ona o tem prawi, to jest o rozmarynie
i o panu: radabym, żebyś pan to słyszał.

Romeo. Poleć jej służby moje.

(Wychodzi).

Marta. Uczynię to, uczynię po tysiąc razy. — Piotrze!

Piotr. Jestem.

Marta. Piotrze, naści mój wachlarz i idź przodem.