przyjechali mundurowi, wsadzili mnie stolarza,

ojca dzieci, po których został cmentarny kamyk.

Długo śniłem na pryczy, że jadę do Warszawy,

leżę w hotelu i oglądam ulice Warszawy

przez okienko jak oko waserwagi stolarza,

leże w srebrnej wannie, nie na klepisku,

wącham mydełko jak rzeczny kamyk,

leżę tak sobie bez wiórów i nie uciekam,

wyrywa mnie ze snu klawisz, wredny stróż.

Ja stolarz, syn Józefa, urodzony na klepisku