Przez cały czas pobytu w lagrze — jak zresztą i przez całe moje życie przewijają się, same „zbiegi okoliczności”, jak mówią ludzie, których wiarę można zaopatrzyć w znak zapytania.

Wśród masy takich zbiegów okoliczności, jak w pierwszej fazie skrępowanie, które odczuwał wobec mnie „Krwawy Alojz”, który jakkolwiek nigdy ze mną nie rozmawiał, jednak doskonale zapamiętał mnie sobie, gdyż po szesnastu miesiącach, w lutym 1942 r., przy spotkaniu na korytarzu pewnego bloku — pomimo że przez jego krwawe ręce przewinęło się wiele tysięcy więźniów — zatrzymał mnie i ze zdziwieniem wykrzyknął: „du lebst noch42”. Była to pierwsza i ostatnia nasza rozmowa. Wkrótce przestał żyć. Przypadkowe wyratowanie mnie z koła powolnego konania na gimnastyce przez „Otto” fachowca od stawiania pieców kaflowych. Dezorientacja w stosunku do mojej osoby pewnego drania, Wilhelma Westrycha, który sądząc, że jestem ukrywającą się jakąś znaną osobistością pod fałszywym tu nazwiskiem, a chcąc mieć w przyszłości protekcję u takiej „znakomitości” i pokrycie jego obecnych świństw „volksdeutscha”, ratował mnie od wykończenia się, dekując w warsztacie (zastrzelony pod Warszawą w 1943 r.). A potem w drugiej fazie — powodzenie i rozwój pracy, opanowanie przez nas sytuacji w obozie, szczęśliwe przejście przez zapalenie płuc i tyfus. Zachowanie się w stosunku do mnie lekarzy, Balkego i Konrada oraz paru blokowych. Wyrzucenie mnie z powodu wyglądu (inteligent) z dobrej pracy w garbarni — 2 lutego 1943 r. — co jednak od razu zrozumiałem jako korzystny „zbieg okoliczności” dla rozpoczęcia przygotowań do „wyjścia” z obozu i nie omyliłem się.

Wypadek, że wysłany z obozu Stefan Bielecki z meldunkiem i po wiadomości dla nas, nie mogąc dotrzeć do góry ani przesłać nam takowych, odwożony był do pracy w Mińsku Litewskim przez ppor. rez. Stanisława Wierzbickiego, któremu się zwierzył (Stanisławowi Wierzbickiemu), a który następnie mnie osobiście opowiedział o tym w obozie, gdyż został tam wkrótce przewieziony.

Wśród tego wszystkiego specjalnym zbiegiem okoliczności było to, że gdy w końcu 1941 r. zaczęto do lagru ściągać odpisy metryk urodzenia z parafii miejscowości podanych przez kolegów, zaczynając od pierwszych numerów więźniów (widocznie w poszukiwaniu takich ptaszków jak ja) i gdyby nie ucieczka, to byliby dotarli do mojego numeru, gdyż było nas już niewielu. Przy każdej wypłacie pieniędzy, po które w tym okresie musieli wszyscy się ustawić według numerów bez względu, czy się otrzymywało pieniądze czy nie, można było łatwo obliczyć, ilu na setkę jeszcze nas żyje. Widziało się od trzech, czterech do sześciu, najwyżej ośmiu kolegów żyjących z całej setki. Wtedy przesłałem przez sierż. Antoniego Woźniaka wiadomość do pani Eleonory Ostrowskiej celem porozumienia się z parafią w Bochni i wyjaśnienia tam mojej sytuacji, gdyż do danych metrycznych — Tomasza Serafińskiego, pod którego nazwiskiem w obozie siedziałem, wprowadzone były niewielkie zmiany, a to na wypadek jeśli by autentycznego Tomasza Serafińskiego przywieziono do tego obozu. Obecnie więc należało prosić władze parafii w Bochni, by przy wysłaniu danych metrycznych w mojej sprawie napisane było tak, jak tu przeze mnie było podane w politycznym oddziale. Od pani Eleonory Ostrowskiej sprawa przeszła do Wawrzyńskiego. Ofiarny i dobry przyjaciel Warzyński po otrzymaniu listu polecającego od Palutyniego pojechał do Bochni i sprawę załatwił. Poczciwi ludzie dopisali ołóweczkiem w księdze metrycznej do danych Tomasza Serafińskiego potrzebne zmiany w mojej sprawie. Warzyński mógł mi to osobiście opowiedzieć, gdyż wkrótce przywieziono go do obozu. Gdy od razu po wyjściu z lagru udałem się do Bochni, zrobiłem to tylko dlatego, że był to najbliższy punkt oparcia, gdyż mieszkała tam rodzina kolegi ppor. rez. Edmunda Zabawskiego, od którego do tej rodziny miałem polecenie. Będąc już wśród rodziny Zabawskiego, gdy zażądałem, by mnie skontaktowano z dowódcą miejscowej placówki, słusznie chyba mogłem być dostatecznie zdziwiony i zaskoczony faktem, że dowódcą placówki okazał się właśnie akurat Tomasz Serafiński, którego nigdy przedtem w życiu nie widziałem, a który również nic nie wiedział, że pod jego nazwiskiem ktoś siedział przeszło dwa i pół roku w Oświęcimiu i dopiero zrobił wielkie oczy, gdy się znalazłem u niego w domu i o wszystkim mu opowiedziałem. Serdeczne ustosunkowanie się jego do mnie sprawiło, że staliśmy się przyjaciółmi od razu i wtedy zawiadomiłem parafię w Bochni, że dopisek ołówkowy należy gumką wytrzeć.

Sądzę więc, że nie tylko w powieści zbiegi okoliczności się zdarzają i że czytając o nich, nie zawsze można twierdzić, że takowe są tylko fantazją autora.


[Oświadczenia43]

[Napisane przez Aleksandra Wielopolskiego:]

Ppor. rez. Karol Świętorzecki zgłosił się u mnie w Warszawie w drugiej połowie maja 1941 r., gdzie skontaktowałem go z 226, któremu przedstawił sprawę pracy w Oświęcimiu. Ja przywiozłem pierwsze wiadomości o Oświęcimiu, o których mówiłem służbowo z Tęczyńskim, 226 i z dr. Zakrzewskim (z Wawelskiej). Wiadomości te poszły za granicę służbową drogą. Prywatnie szczegółowo mówiłem z 225 i wiadomości te przesłano do Włoch drogą prywatną. Podpisuję się numerem „6”, wymieniony w kluczu. Warszawa, dnia 28 czerwca 1944 r.

[Napisane przez Stefana Bieleckiego:]