Nareszcie moment odpowiedni. Podbiegam do Jana Redzeja, jednocześnie Edward Ciesielski przymyka na chwilę inne drzwi, osłaniając nasze działanie przed stojącym w odległości sześciu kroków „postem”. Naciskamy szybko, a mocno z Janem Redzejem na drzwi, jeszcze mocniej, wreszcie cicho i gwałtownie zarazem rozwarły się przed nami. Widzimy gwiazdy, powiało przyjemnym chłodem. Skok i pęd z ubraniem pod pachą. Tak więc — w towarzystwie Jana Redzeja40 i Edwarda Ciesielskiego41 opuściłem obóz w Oświęcimiu, żegnany strzałami wartownika, który o chwilę za późno się zorientował.

Wyszedłem w nocy — tak samo, jak przyjechałem — byłem więc w tym piekle dziewięćset czterdzieści siedem dni i tyleż nocy. Było już po godzinie drugiej, a więc najwyższy czas na ucieczkę (noc z 26 na 27 kwietnia 1943 r.).

Wychodząc miałem o kilka zębów mniej niż w momencie mojego tu przyjazdu oraz złamany mostek. Zapłaciłem więc bardzo tanio za taki okres czasu w tym „sanatorium”.

Wobec niestosowania już rozstrzeliwań dziesięciu za jednego, a także i tego, że byłem pod przybranym nazwiskiem nie zostawiłem śladów do rodziny, idąc więc w tę noc miałem sumienie czyste.

W paru słowach jest trudno opisać piękno marszu tej pierwszej nocy i paru dni następnych. Dokonywaliśmy wyczynów, rekordów szybkości wbiegania na strome ściany wąwozów, spadania na łeb gdzieś w dół. Parę niezwykłych zbiegów okoliczności mieliśmy i tu z przemarszem przez most kolejowy i kluczem pasującym do przycumowanej łodzi. Przed wschodem słońca z odległości kilkuset kroków uderzył w nas swym aromatem i śpiewem ptaków las. Tu wreszcie czuliśmy się jak w domu. Las zakrył nas od wrogów, a soczysty mech tłumił nasze kroki.

W nocy kierowałem się podług gwiazd, w dzień podług słońca. Miasteczko, gdzie miałem poleconych mi znajomych, odległe było o dziesiątki kilometrów, z których my — kołując i omijając osiedla — zrobiliśmy co najmniej sto trzydzieści. Po kłopotliwym przebrnięciu granicy „Gubernatorstwa”, w czym nam bardzo dopomógł gościnny ksiądz proboszcz z Alwerni, i odpoczynku u poczciwego Piotra Mazurkiewicza w Tyńcu zagłębiliśmy się w lasy Puszczy Niepołomickiej. Dnia 1 maja po „przeprawie” w leśniczówce, gdzie zostałem lekko ranny w prawe ramię (przez Niemca „vorschutza”, który nieumiejętnie oddał do nas dziewięć strzałów), wieczorem byłem z kolegami u celu. Po spędzeniu paru dni w serdecznej atmosferze polskiego domu rodziny Oborów i małżonki Edwarda Zabawskiego, pani Heleny, prowadzony przez Leona Wandasiewicza poszedłem się zameldować tam, gdzie należało. Przyjaciel mój, Tomasz Serafiński meldował dalej. Lecz następny szczebel Wiatr — „Teodor”, po paru dniach ze strachem zjawił się u mego przyjaciela i oświadczył, że on ma dokładny plan Oświęcimia, a na planie on nie ma piekarni. Dotychczas z Oświęcimia uciekło w ogóle trzech... Tak więc: 1. To wszystko jest podejrzane. 2. Należy jak najszybciej zatrzeć ślady (przyjaciel mój nie mógł do niego zatrzeć śladów, bo go dobrze znał, ja do mego przyjaciela również, gdyż siedziałem w lagrze przeszło dwa lata i pół roku pod jego nazwiskiem). 3. W ogóle niech oni idą gdzieś dalej (przypuszczalnie na złamanie karku). Otóż i trafiłem na jednego z Napoleonów organizacyjnych, którzy, jak mówiono w lagrze, tak bardzo zajęci są (w myślach) braćmi w Oświęcimiu, zanim tam sami nie trafią. Znaleźliśmy jednak i bardzo serdecznych ludzi: poza rodziną Tomasza Serafińskiego korzystaliśmy również z „dachu” dzielnego i ofiarnego Polaka — Józefa Romana.

O mojej pracy w obozie oraz o projekcie opuszczenia obozu pisałem z lagru listy okólną drogą po polsku i drogą „urzędową” do pani Eleonory Ostrowskiej. Na wolności już się dowiedziałem, że listy te były przez panią Eleonorę Ostrowską skierowane do „Góry” przez „Skibę” — „Zamek”, obecnie „Klucz” — skąd odpowiedziano tylko: „listy bardzo nas interesują” i: „jeśli będzie, to prosimy o ciąg dalszy”. Uważali widocznie, że sprawę załatwili (urzędownie).

W październiku 1943 r., będąc już w Warszawie, otrzymałem oświadczenie Edwarda Ciesielskiego, który w Bochni spotkał zwolnionego z lagru w jesieni 1943 r. muzyka Antoniego Gargula (nr 5665), przy czym tenże oświadczył, że „po ucieczce trzech przez piekarnię żadnych represji w obozie nie było”.

Co znalazłem wśród ludzi po powrocie moim do życia, a co nazywałbym nawrotem do zmierzchu życia duchowego, poruszyłem w rozdziale następnym — IX. Tu krótko powiem tylko: miałem wrażenie, że zajrzałem nagle do pokoju dziecinnego, gdzie każdy był serio zajęty swoją zabawką.

A jednak! Dnia 10 maja 1944 r. w Warszawie na Marszałkowskiej w odległości kilku kroków spostrzegłem „Szczęściarza” (Aleksandra Bugajskiego), który z roześmianą miną zbliżył się do mnie i oświadczył, że nie wierzy, by mnie z lagru wypuścili. Wyraziłem te same wątpliwości w stosunku do jego osoby (powiedział mi, że uciekł z Ravensbrück).