Postanowione więc było nie wracać. Przedtem jednak trzeba było wyjść. Kapo Czech, długo się upierał, że dziś może pójść do piekarni jeden, a jutro drugi (poza Janem Redzejem, który chodził codziennie). Jakkolwiek wewnątrz gotowało się w nas jak w ukropie, na zewnątrz udawaliśmy zupełnie obojętnych.

Sprawę z kapo załatwił Jan Redzej, tłumacząc, że to dwóch „frajerów”, którzy „nacięli się”, myśląc, że w piekarni jest łatwa praca i że wobec tego najlepiej ich wziąć na noc, a już on da taką szkołę, że niedługo w komandzie wytrzymają i odechce im się już po dzisiejszej nocy. Najtrudniej jednak było przełamać opór dwóch więźniów piekarzy. Wreszcie wszyscy byli „zrobieni” mową Jana Redzeja, konfiturami, cukrem, jabłkami — z paczek ode mnie, no i wiele dopomógł wesoły nastrój drugiego dnia świąt.

Godzina 18:30. Od bramy esesman woła: „Bäckerei...” Wybiegamy. Biegnąc do bramy, widzę wielu spacerujących więźniów i trzy zdziwione na mój widok twarze (ppor. rez. Jerzego Olszowskiego, Zdzisława Uliasza, Mieczysława ...rowca). Są to jednak wszystko moi dobrzy przyjaciele. Liczą nas. Jest akurat tylu, ile trzeba — ośmiu. Znaczy, że tamci dwaj zrezygnowali na dzisiejszą noc. Gdyby było o jednego za dużo, to jeden z nas nowych musiałby zostać. Otacza nas czterech esesmanów. Idziemy. Jesteśmy za bramą. Ileż ją razy przekraczałem myśląc: „kiedy już nie będę potrzebował do niej powrócić”. Dziś wychodzę z myślą, że powrócić w żadnym wypadku nie mogę.

Nie da się opisać nastrojów. W każdym razie pewność zupełnego zdecydowania dodała jakichś skrzydeł do ramion. W miasteczku rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Dwóch więźniów i dwóch esesmanów idzie do małej piekarni, a my — sześciu z dwoma esesmanami — poszliśmy do wielkiej (co było już z góry ułożone z kapo), by nas tam „poddać ciężkiej próbie”, co powierzone było koledze Janowi Redzejowi.

Przez noc musi się zrobić pięć wypieków chlebów. Pracowaliśmy ciężko — poza kolegą Edwardem Ciesielskim — który już na początku pracy „zainscenizował” wypadek z workiem i zwichnięciem (skarżył się na ból w krzyżu). Wszyscy jednak symulować nie mogliśmy.

Mieliśmy próbować szczęścia po pierwszym lub drugim wypieku. Tymczasem przeszedł drugi, trzeci, czwarty — a my nie mogliśmy się ruszyć. Sprawę utrudniało to, że w poniedziałek była zawsze zmiana „postów”. Dziś właśnie był poniedziałek. Pod koniec tygodnia oni się przyzwyczajali już do pracowników i do drzemek i bywali prawie zawsze już „klapnięci”. Od poniedziałku — nowi — byli „tą nową miotłą”. A tu jeszcze w bramie, przy wyjściu z lagru, głośno im przy nas zapowiedziano: „Pass auf39 — tak że pomyślałem: „Czyżby się czegoś domyślali?”. W piekarni jeden z nich „przyczepił się” do „naszych” drzwi, szczegółowo je oglądając, kręcąc głową i mówiąc, że są niepewne. Dopiero Jan Redzej musiał użyć swoich wpływów, by go przekonać.

Gdy minął poniedziałek i o 12:00 zaczął się wtorek, sytuacja poczęła się korzystniejsza (tylko jeden z postów był przytomny, drugi chrapał), chociaż wciąż jednak dość trudna.

Pracowaliśmy rozebrani. Gorąco z pieców wyciskało z nas setne już poty. Wlewaliśmy w siebie ogromną ilość wody. Niemożliwością byłoby odtworzyć nasze ruchy, a raczej gmatwaninę poruszeń i przebiegów w celach zupełnie ze sobą sprzecznych: nadążenia z pracą dla panów majstrów piekarskich, przygotowania do otwarcia drzwi i skokiem po ubrania. Wszystko maskowane przed czuwającym i chodzącym czasami w ślad za nami żołnierzem. Poza tym, dopóki drzwi były zamknięte, nie mogliśmy na sto procent być pewni, że po usunięciu wszystkich przeszkód na pewno się otworzą, dlatego że jeden zaczep był od zewnątrz.

Miałem takie uczucie, jakie się ma przy stawianiu pasjansa, spotęgowane faktem, że stawką było życie. Tak jak w pasjansie zależało wszystko od szeregu szczęśliwych zestawień kart i ich stasowania, tak tu musiały zajść szczęśliwe zbiegi okoliczności, by drogi kursujących, przebiegających w różnych kierunkach piekarzy, a krzyżujące się ze śladami łażącego z kąta w kąt żołnierza, dały w rezultacie taki moment, gdy żadne oko na drzwi nie będzie skierowane. Jednocześnie musiało to się zbiec z momentem, kiedy my wszyscy trzej bylibyśmy w pobliżu drzwi i moglibyśmy nieznacznie zrobić skok po ubrania, jednocześnie otwierając drzwi. Nad wszystkim wisiał jak miecz Demoklesa mus wyjścia, szczególnie po wycięciu kilku centymetrów kabla nad głowami „postów”. Możliwości wyjścia z minuty na minutę to się zwiększały, to znów malały — z minuty na minutę napięcie nerwów potęgowało się i słabło.

Kiedy Edward Ciesielski zdecydowanie i dość sprytnie „zoperował” już telefon, a Jan Redzej odsunął rygle u drzwi i odkręcił mutrę, wypychając zaczep spinający dwie połowy drzwi od zewnątrz i dawał mi znaki, byśmy razem ramionami drzwi wsparli i podważyli, wtedy „post” podszedł do drzwi, by je sprawdzić. Obserwując to z odległości paru kroków czekałem chwili jego krzyku. Dlaczego nie zauważył odsuniętych rygli, przeciętego kabla ani ubranego do drogi Jana Redzeja, który udawał, że jest w ubikacji, pozostanie dla mnie na zawsze niezrozumiałym (musiał i on sam nazajutrz w bunkrze nad tym się zastanawiać).