Przygotowany termin wyjścia z obozu przez Aleksandra Bugajskiego — nieszczęśliwie dla niego zbiegł się z dowcipną ucieczką nocą kolegów z obozu w Brzezince przez tak nazywaną przez nas „beczkę Diogenesa”. Wzięcie wszystkich żołnierzy na poszukiwanie zbiegów (brak „Postów”) spowodowało zamknięcie lagru. Nie wypuszczano nas do pracy przez trzy dni, co władze wykorzystały na odwszenie lagru. W ciągu tych paru dni szef i kapo komanda, gdzie pierwotnie pracował Aleksander Bugajski (poczta — paczkarnia), zorientowali się, że „Szczęściarz” przeniósł się do nowego komanda samowolnie, że może to być podciągnięte pod „chęć dokonania ucieczki” i w rezultacie zamknięto Aleksandra Bugajskiego w karnej kompanii za samowolną zmianę komanda pracy. W dniu następnym po tej nocy z „beczką Diogenesa” mieliśmy próbować „wyjścia”.

Tak więc w tym wypadku „Szczęściarzowi” się nie powiodło. Musiałem kombinować inaczej.

Jeden z moich kolegów, Jan Redzej, będąc w komandzie, które przewoziło do obozu chleb z piekarni w mieście zauważył, że są tam wielkie, żelazne drzwi, bardzo na pozór groźne, lecz mogące się stać drzwiami na wolność. W celu przyjrzenia się im potrafił na parę dni przenieść się, za zezwoleniem kapo, do piekarni. Praca w piekarni jest bardzo ciężka, musi się wypiec dziennie określoną ilość tysięcy bochenków chleba. Za niewykonanie normy pracy maszeruje się nazajutrz do bunkra. Pracuje tam kilku cywilnych piekarzy i kilku więźniów. Przez tych kilka dni, starając się przyjrzeć dokładniej drzwiom, kolega Jan Redzej stracił sześć kilogramów wagi własnej, a był on dziewięćdziesiąt pięć kilogramów ważącym drabem. Ostatecznie zdecydował, że po zastosowaniu nawet pewnych kombinacji drzwi się jednak nie otworzą i wrócił do swego „komanda”.

Po rozpatrzeniu sprawy razem powzięliśmy pewien plan, który też wykonaliśmy.

Ja go przez „arbeitsdiensta” (pośrednictwo kolegi Wacława Weszke) zupełnie formalnie ulokowałem w piekarni. Wykorzystaliśmy nastrój świąt wielkanocnych w obozie i mniejszą czujność fetujących władz. W wielką sobotę wprowadziłem w błąd władze mego bloku i mego komanda, by nie ściągnąć na kolegów z bloku i pracy represji, i udając chorego przeniosłem się na „Krankenbau” — dla większego bezpieczeństwa — do bloku 20, tyfusowego, gdzie bardzo niechętnie zaglądały wszelkie władze. Pierwszego dnia świąt (niedziela) „byłem chory”, gdyż piekarnia nie pracowała. Drugiego dnia świąt (poniedziałek) musiałem wyjść ze szpitala, gdyż piekarnia zaczynała pracę, poza tym zmiany wśród pracowników zaraz po okresie świątecznym mniej rzucały się w oczy.

„Dowcip” polegał na tym, żeby wbrew przepisom lagrowym wyrzucili mnie do innego bloku, a nie do mojego z powrotem, jak to normalnie musieliby zrobić i żeby tym blokiem był blok 15, gdzie mieścili się piekarze. Żeby mnie wbrew przepisom szpitalnym w ogóle po dwóch dniach wyrzucili z bloku tyfusowego, skąd nie wolno było wyjść bez kwarantanny i żeby mnie — zdrowego już — nie widział nikt z pracowników mego komanda lub władz mego bloku, którzy w czasie gdy „robiłem się” piekarzem (wchodziłem do nowego bloku i do nowej pracy), musieli być przekonani, że jestem chory.

Formalności związane z wejściem do szpitala i wyjściem do innego bloku załatwił mi kolega Edward Ciesielski (wejście przy pomocy Mariana Tolińskiego, wyjście przy pomocy Władysława Fejke). Przypuszczając, że może on ponieść odpowiedzialność za ułatwienie mi ucieczki, zaproponowałem mu wspólne „wyjście” (niedziela wieczór). Poza tym na moją decyzję zaproponowania Edkowi Ciesielskiemu ucieczki, co w pierwszej chwili zmuszało do pewnych nowych posunięć w planie, wpłynęło i to, że siedział on za broń i stale mówił, że czeka, kiedy wywołają jego numer celem rozstrzelania. W ciągu dwóch lat przy spotkaniu ze mną kończył zawsze rozmowę słowami: „no, panie Tomku, na pana tylko liczę”. Niechże się więc nie zawiedzie. Porozumieliśmy się z Janem Redzejem i po szybkiej własnej decyzji Edward Ciesielski zerwał z bardzo dobrą posadą w bloku szpitalnym. Rano drugiego dnia świąt (poniedziałek) razem ze mną zjawił się w bloku 15, gdzie mieszkali piekarze.

Po wprowadzeniu w błąd również władz tego bloku oraz kapo od piekarzy, ten ostatni myślał, że blokowy otrzymał formalne kartki od „arbeitsdiensta” (kartek od „arbeitsdiensta” nie chciałem brać, by go nie narażać na podejrzenia o ułatwienie mi ucieczki), a blokowy sądził, że przychodzimy do bloku jako nowi piekarze do nowo powstałej piekarni mechanicznej w porozumieniu z kapo. Musieliśmy jeszcze przełamać opór dwóch więźniów, piekarzy, co okazało się najtrudniejsze.

Musieliśmy tym dwóm piekarzom czymś trafić do przekonania, żeby ustąpili nam swych miejsc pracy na noc, gdyż dezorientacja wszystkich oszukanych władz lagrowych nie mogła być długotrwała i liczyliśmy ją na godziny. Musieliśmy się więc śpieszyć, a tu jak po grudzie szła nam rozmowa z dwoma piekarzami, którzy nie mogli zrozumieć powodu naszego zapału do pracy w nocy, a chodziło o to, żeby nie zrozumieli. Mieli obawy, że ich chcemy pozbawić pracy przy chlebie. Wreszcie pokonaliśmy i tę przeszkodę.

Szedłem więc już na całego. O ile powrót do lagru Jana Redzeja, po nieudanej ewentualnie nocy, był zupełnie możliwy, gdyż niczym by się nie różnił od dnia zwykłego, pracował już stale jako piekarz, również dla Edwarda Ciesielskiego byłby możliwy, gdyż z władzami poprzedniego bloku i porzuconej pracy załatwił wszystkie niezbędne formalności, musiałby jedynie zmienić pracę, bo na stanowisku piekarza by nie wytrzymał, o tyle mój powrót do lagru po nieudanym wyjściu w nocy przyniósłby mi przeniesienie mnie do karnej kompanii, bo niczym nie mógłbym wytłumaczyć zjawienia się w obcym bloku, pójścia jako piekarz na nocną zmianę, gdy miałem swoje komando, kiedy ani kapo, ani szef nic o moim zwolnieniu z „komanda” nie wiedzieli, tym bardziej, że była to „paczkarnia”, której władze w wiadomy sposób postąpiły w identycznej sprawie ze „Szczęściarzem”, Aleksandrem Bugajskim. Przenieść się zaś formalnie z paczkarni nie mogłem, gdyż zaledwie kilkanaście dni wcześniej wystarano się o moje „wyreklamowanie”, jako dla niezbędnego tu pracownika.