Wyjście z obozu było już w zasadzie niełatwe, potęgowane jeszcze tym, że należało tak wyjść, by nie pociągnęło to za sobą śmierci kolegów, a to właśnie było trudne.
Czasami w niektórych komandach, pracujących o parę kilometrów od obozu, ucieczka „aż się prosiła”, by ją zorganizować, lecz na przeszkodzie stawało — ironia losu — życie jednego lub paru esesmanów, których śmierć, otwierająca drogę do wolności, groziła odebraniem życia wielu kolegom Polakom i w ten sposób zorganizowana ucieczka byłaby bezwzględnym egoizmem, na co nie mógłby się zdecydować dobry Polak.
Należało więc ucieczkę „montować”, biorąc pod uwagę nie tylko jej powodzenie, lecz również echo takowej w obozie.
Po wprowadzeniu pewnych poprawek w planie ppor. rez. Witolda Wierusza zaznajomiłem go z kolegą Aleksandrem Bugajskim. Ponieważ „Szczęściarzowi” Aleksandrowi Bugajskiemu plan ppor. rez. Witolda Wierusza wydał się mniej ryzykowny niż mój, więc się przeniósł do komanda, gdzie pracował ppor. rez. Witold Wierusz i przygotowywał tam ucieczkę, a po paru dniach „Szczęściarz” zaproponował mi, że będzie przygotowywał tam również ucieczkę i dla mnie.
W dniach 10 i 11 kwietnia 1943 r. (jak już wspomniałem) wywieziono w dwóch rzutach (obydwa do Mauthausen) dwa tysiące pięciuset Polaków. To ostatecznie wpłynęło na moją decyzję. Dalszy mój pobyt w Oświęcimiu uważałem za niekonieczny. Dotychczas, co mogłem, to robiłem. „Lepsza” połowa kolegów wyjechała. Czekanie na „coś” nie dało rezultatu. Odgrażano się, że wywiozą i resztę Polaków. Sądząc, że teraz może już większe korzyści przyniosę z zewnątrz niż wewnątrz — zdecydowałem się obóz opuścić.
Drugim momentem, który mnie skłaniał do opuszczenia obozu, była od początku marca krążąca po obozie wiadomość, że Janusz Kuczbara został złapany w Warszawie i jest na Pawiaku. Rozumiałem, że ten człowiek bez skrupułów — chcąc ratować własne życie — może zacząć sypać „górę” naszej Organizacji, tym bardziej, że bez żadnej potrzeby — chciał to zrobić jeszcze w lagrze (w stosunku do płk. Juliusza Gilewicza i kolegi Henryka Bartosiewicza). Na ten temat rozmawiałem 11 kwietnia 1943 r. z kolegą ppor. rez. Leonem Murzynem.
Mając na względzie moje „wyjście” z obozu, odbyłem parę rozmów z mjr. Zygmuntem Bończą-Bohdanowskim i kolegą Henrykiem Bartosiewiczem, informując ich o tym i powierzając im dalszą pracę.
Dnia 13 kwietnia rozmawiałem z kolegą kpt. Stanisławem Machowskim, któremu powiedziałem, że po dwuipółletnim wyczekiwaniu nie mam już teraz chęci ani potrzeby zostawać tu dłużej. Może się uda z zewnątrz prędzej przyjść z pomocą kolegom w lagrze. Kolega kpt. Stanisław. Machowski odpowiedział na to: „Tak, ale czyż można kiedy się chce przyjeżdżać i kiedy chce wyjeżdżać z lagru?”. Powiedziałem: „Można”. I rzeczywiście miałem możność od paru miesięcy wyjścia co noc z obozu, chociaż dosyć nieprzyjemną i trochę ryzykowną. Poza tym „Szczęściarz” przygotował drugą drogę.
Przypadkowo jednak poszedłem zupełnie inną drogą, tamtą (pierwszą) zostawiając wtajemniczonym kolegom: Henrykowi Bartosiewiczowi, mjr. Zygmuntowi Bończy-Bohdanowskiemu, Zdzisławowi Uliaszowi i Andrzejowi Gąsienicy.
Przed wyjściem rozmawiałem jeszcze z kolegą „Tadkiem” na temat jego łączności z Warszawą i braku zleceń. Mówiąc mi o swojej łączności, powiedział, że „teraz Warszawa o Oświęcimiu już inaczej myśli”. Nie wiem, co miał na myśli i decyzji nie zmieniłem.