Wtedy — od wiosny przez rok 1942 — organizowaliśmy ucieczki, o których wspominałem.
Poza tym na początku 1943 r. (w lutym) „poszło” siedmiu kolegów przez SS-kuchnię.
Brak odpowiedzialności więźniów za ucieczki kolegów, zlikwidowanie nie tylko kary śmierci lecz również kary bunkra, a od początku 1943 r. brak nawet stójek (w roku 1943 z powodu ucieczek wcale nam nie przedłużano stania na apelu), poza tym wydawanie więźniom pracującym w obrębie drutów cywilnych ubrań (pochodzących z „kanady” i pomalowanych w czerwone pasy), usposabia więźniów do ucieczek, stąd też władze obozu wzięły się na nowy sposób.
Ogłoszono w blokach, że za ucieczkę więźnia do obozu zostanie przywieziona cała jego rodzina. Pewnego dnia zrobiono nawet taki „teatr”. Po powrocie z pracy oczom kolegów przedstawił się nieprzyjemny obrazek: pod słupkiem z tablicą, na której było napisane o „niemądrym postępku jednego z więźniów, który ratując się ucieczką naraził życie matki i swojej narzeczonej, które na skutek jego lekkomyślności przywieziono do obozu”, a które właśnie stały pod słupkiem w asyście esesmana.
Na razie trafiono nas w samo serce. Cóż to za drań mógłby rozmyślnie narazić Matkę lub narzeczoną. A nawet wystarcza, że to była kobieta. Kilka lat odosobnienia od płci innej też miało swe znaczenie. Byliśmy na punkcie kobiety zbyt czuli, toteż pierwszego wieczora obóz pomstował na drania, co naraził staruszkę i taką miłą narzeczoną. Wkrótce okazało się, że miały na mundurach numer o wiele niższy, niż był bieżący w lagrze kobiecym. Sztuczka więc była szyta zbyt grubymi nićmi jak dla nas. Nazajutrz już dowiedzieliśmy się, jaki jest numer bieżący w kobiecym lagrze i że było to „robione” tylko dla wywołania wrażenia. Nastąpiło więc odprężenie i tym bardziej zachęciło do ucieczek niektórych więźniów.
Wtedy „poszło” znowu dwóch kolegów.
Jednak zupełnej pewności, że rodziny się nie naraża, nie było, toteż większość kolegów na samą myśl o ucieczce — wzdrygała się.
Jeszcze jeden raz widzieliśmy jakąś młodą i miłą niewiastę pod słupkiem z napisem, ale większe wrażenie zrobiło już tylko na „cugangach”.
Od połowy roku 1942 złapanych po nieudanej ucieczce więźniów wieszano publicznie i ostentacyjnie, przy czym wieszali ci, co sami po dwóch tygodniach powieszeni być mieli. Robiono to dla większego ich udręczenia.
Od początku roku 1943 byłem w kontakcie z bohaterem Montelupich — „Szczęściarzem” kolegą Aleksandrem Bugajskim, który miał wyrok śmierci, nie łudził się, że zostanie tu wykończony i zbliżył się do mnie w celu dopomożenia mu w zorganizowaniu ucieczki. Zaproponowałem mu drogę, którą miałem sam na wszelki wypadek, a dla wykorzystania której pracowałem na nocnej zmianie poczciarzy. Jednocześnie (w grudniu 1943 r.) projekt ucieczki podał mi ppor. rez. Witold Wierusz, który pracował w komandzie mierników (czasami o kilka kilometrów od obozu). W projekcie tym był jednak pewien warunek: jeśli się nie uda inaczej, a cofnąć się nie będzie można, to pozostanie wyjście za pomocą „roboty mokrej”, do czego ustosunkowałem się negatywnie z powodów niżej podanych.