Pierwsze ucieczki, organizowane prymitywnie poprzez pojedyncze wówczas ogrodzenie z drutów nienaładowanych prądem, w nocy lub w czasie pracy poza drutami, chowając się na noc w szopach, barakach i innych zasłonach terenowych, w skutkach przynosiły stójki całego lagru w szeregach na placu, „rzucanie się” i bicie więźniów przez wściekłych esesmanów, szykany w blokach, szukanie. Czasami znajdywano schowanych zbiegów na terenie pracy („Industriehof I” i „Industriehof II”). Ginęli zabijani bezpośrednio po znalezieniu lub kierowani byli do bunkra.
Pierwszy więzień, który „zwiał” w pierwszych miesiącach istnienia obozu nosił, jakby na złość władzom lagru nazwisko — Wiejowski. Koledzy zapłacili wtedy za to wygórowaną cenę. Wszyscy więźniowie stali w szeregach na placu bez jedzenia i możliwości wyjścia do ubikacji, osiemnaście godzin bez przerwy. W dzień mdleli z upału, w nocy trzęśli się z zimna. Pod koniec stójki stan był opłakany (połowa leżała).
Z biegiem czasu stójki stały się coraz krótsze i przeważnie staliśmy do chwili znalezienia zbiega. W razie nieznalezienia, parę godzin do wieczornego apelu. Czasami jednak i tych kilka godzin dawało się we znaki. Tak na przykład 28 października 1940 r. padał deszcz ze śniegiem (płaszczy i czapek nie mieliśmy). Należałem do przeważającej większości tych, którzy nie mieli również skarpetek. Czapkę dostałem 8 grudnia 1940 r. Zanim znaleziono i zabito zbiega, zmęczenie, brak strawy i chłód spowodowały, że około stu czterdziestu słabszych więniów razem z zakończeniem stójki zakończyło swój żywot.
Z czasem stójki z powodu ucieczki stały się jeszcze krótsze, obliczone tak, by był czas na zjedzenie kolacji przed gongiem do spania. Nie wykluczało to wypadków, kiedy władze — szczególnie w dzień mroźny lub dżdżysty — trzymały nas godzinami podczas apelu na placu.
Chociaż nikt nie uciekł, nie mogli się niby doliczyć stanu więźniów. Sami szli pod dach „na obliczenia”. Było to tendencyjne wykańczanie nas.
W końcu listopada 1941 r. w czasie nieobecności komendanta obozu i zastępstwa, mieliśmy „Tydzień Seidlerowski”.
Codziennie po powrocie z pracy do obozu jakkolwiek nikogo nie brakowało, staliśmy na apelu wieczornym prawie do samego gongu do spania i potem szybko połykaliśmy zimną jak lód zupę. Był przejmujący wiatr, mróz łaził nam po plecach, głowach i kończynach i trzeba było się bronić całym wysiłkiem organizmu przed zaziębieniem.
Od wiosny 1941 r. ucieczki zaczęły się powtarzać częściej. Wtedy władze wpadły na pomysł zastosowania odpowiedzialności solidarnej całego bloku i za ucieczkę jednego wybierano z bloku dziesięciu więźniów, którzy szli na śmierć, na kilka dni — do zakończenia poszukiwań — do bunkra, a potem byli kończeni przez rozstrzelanie lub którymś z innych sposobów. Moment wybierania przez komendanta dziesięciu na śmierć był ciężkim przeżyciem dla całego bloku, chociaż zdarzały się bardzo wzniosłe momenty, jak na przykład ofiarowanie swego życia przez jednego staruszka — księdza — za życie młodego chłopca, którego na śmierć wybrano, a którego przy życiu zostawiono, przyjmując ofiarę księdza.
Wtedy nasza Organizacja negatywnie ustosunkowała się do ucieczek. W ciągu roku 1941 żadnych ucieczek nie organizowaliśmy i potępialiśmy wszystkie dzikie odruchy w tym kierunku.
Z dniem nadejścia pisma z Berlina (wiadomość od naszych „piątkarzy” z politycznego oddziału) zakazującego — podobno na skutek takich samych represji zastosowanych w obozach założonych dla Niemców — represje w obozie Oświęcimiu skazujące dziesiątki za jednego zbiega zostały skasowane i odżyły możliwości i plany ucieczek.