Ponieważ zasadniczy szkielet Organizacji Wojskowej potrafił się od transportów wykręcić, więc pracowaliśmy dalej.
W tydzień potem zrobiono znowu komisję dla wszystkich pozostałych Polaków, celem odciążenia pracy przy wysyłaniu następnych transportów i notowano na listach na stałe koło numeru kategorię „A” lub „U”. Było to dla mnie zaskoczenie: dostać na stałe kategorię „A” — to jechać następnym transportem, dostać „U” — to znaczy być uznanym za niezdolnego do pracy. Co prawda „U” niby mieli wysyłać do Dachau, ale nikt nie mógł zaręczyć, czy w wypadku „potrzeby zaszprycowania” fenolem lub zagazowania nie będą brać z tego zapasu „U”. Zdecydowałem więc się na kategorię „A”, którą też dostałem i postanowiłem wystarać się o wyreklamowanie jako „niezbędny” pracownik. Chociaż zasadniczo zostawiali fachowców, ale trudno było udawać fachowca w „komando”, gdzie pracowałem, gdyż ostatnio pracowałem na poczcie w paczkarni. Jednak udało mi się spośród czterdziestu więźniów, należących do dwóch zmian poczciarzy, znaleźć się wśród pięciu „reklamowanych” i dlatego nie zostałem wcielony do dwóch następnych transportów, Polaków wywiezionych 10 i 11 kwietnia do Mauthausen (dwa tysiące pięćset zdrowych Polaków).
Ta druga komisja lekarska klasyfikująca Polaków na kategorie „A” i „U” głośno wyrażała podziw nad doskonałym naszym stanem fizycznym, mówiąc: „Co za regiment można z takich wystawić, gdzie tu się tacy uchowali”.
Przy masowych rozstrzeliwaniach lub gazowaniach „Krankenbau” otrzymywało listy z numerami delikwentów i poleceniem podawania do głównej „Szrajbsztuby”, po pięćdziesiąt numerów dziennie, jako zmarłych na serce, tyfus lub inną chorobę „naturalną”. Zawiadomienie do rodziny wysyłane było tylko na specjalne zarządzenie politycznego oddziału i czasami po pół roku rodzina wierzyła, że jej bliski więzień jeszcze żyje, tylko nie pisze i posyłała mu paczki.
Pracowałem ostatnio w paczkarni, gdzie codziennie wysortowywano wielką ilość paczek żywnościowych, przeznaczonych dla kolegów, którzy już nie żyli. Dozorujący esesmani skwapliwie odkładali lepsze paczki, które koszami wynoszono do kasyna esesmanów. Gorsze zaś paczki zmarłych przeznaczano do kuchni „haftlingowskiej”. Ponieważ szef paczkarni był jeszcze możliwym esesmanem (Austriak), więc po nadesłaniu zmarłemu kilku paczek starał się jakoś tę rodzinę na przyszłość od tego powstrzymać. W tym celu odsyłał którąś z kolei paczkę z powrotem, stawiając na niej pieczątkę: „Neue Anschrift abwarten” i tym przerywał ciąg paczek od rodziny. Pomimo pierwotnego zakazu wysyłania większych niż dwustupięćdziesięciogramowe, paczki przychodziły ogromne, czasami całe walizy. Wszystkie one były doręczane bez konfiskaty. Zależało to, ma się rozumieć, od szefa. Szczególnie cieszyły esesmanów paczki czeskie, gdyż prócz ciasta, cukru zawsze zawierały wina, pomarańcze, cytryny. Wina były konfiskowane urzędowo — lecz Czesi lub Żydzi francuscy, otrzymujący również bogate paczki, przeważnie już nie żyli — więc całe paczki szły dla esesmanów.
Od czasu do czasu w bloku zjawiali się wieczorem esesmani. Zbierali Żydów i kazali im pisać listy do domów z sakramentalnym: „Jestem zdrów i dobrze mi się powodzi”. Listy te sprowadzały nowe partie Żydów, którzy na wiadomość o tym, że ich współwyznawcom tak się dobrze powodzi, chętniej zgłaszali się „na roboty do Niemiec” oraz nowe paczki dla esesmanów, gdyż autorzy listów przez ten czas byli wykańczani.
Wywożenie Polaków tłumaczone było nam przez kapów i niektórych esesmanów jako skutek organizowanych przez Polaków ucieczek i kontaktów z ludnością cywilną.
Wśród esesmanów byli i tacy szefowie „komand”, w paru przypadkach Austriacy, którzy dawno już zżyci z więźniami-Polakami, zjadający chętnie organizowane przez Polaków żarcie, nieraz przepraszająco się tłumaczyli, że przecież nigdy żadnego Polaka nie uderzyli, dając tym samym jasno do zrozumienia, że z chęcią uciekliby razem z jednym lub paroma „Haftlingami”, byle by im zabezpieczyć gdzieś locum do końca wojny w Polsce. W lutym 1943 r. było dwóch takich esesmanów, którzy twierdzili, że „już czas” (wypadek z kolegą pdch. rez. Zbigniewem Goszczyńskim oraz kolegą por. rez. Marianem Moniczewskim).
Należy tu jeszcze chociaż w paru słowach podkreślić, co prawda nie wszystkich, dzielną postawę księży. Początkowo ksiądz w ogóle dłużej niż parę dni nie żył. Zabijano ich pałkami na placu (tak samo jak Żydów) zaprzęgniętych do walca lub przy innej jakiejś „pracy” wymyślanej specjalnie dla udręczenia. Następnie — na początku roku 1941 — na interwencję z Rzymu księża zostali wywiezieni do Dachau, gdzie podobno mieli zupełnie znośnie. Następny transport księży do Dachau nastąpił latem 1942 r. W okresie właśnie pomiędzy tymi transportami poznałem kilku dzielnych księży, między innymi i ks. Zygmunta Ruszczaka (nr 9842), który był naszym (Organizacji Wojskowej) kapelanem. Pomimo, zdawałoby się, niemożliwych warunków, prócz spowiedzi mieliśmy (tajne) nabożeństwa. Wino i opłatki dostawaliśmy z zewnątrz.
Ucieczki. Od początku obozu i przez okres mego tam pobytu było szereg prób ucieczek, mniej więcej w połowie udanych, które różnym echem odbijały się w sercach nas — więźniów, w zależności od reagowania na takowe władz lagru, a w reakcjach tych zachodziły czasami zasadnicze zmiany.