Przyjaźń w rozumieniu lagrowym była pojęciem uczucia stojącego na wiele wyższym poziomie niż to, co się nazywa przyjaźnią u ludzi na wolności. Nieraz, narażając własne życie, ratowało się życie przyjaciela i nieraz szło się potem za to do karnej kompanii, gdzie ginęło się w krótkim czasie.

W myśli przebiegłem szybko sylwetki, klasyfikując indywidualności i dodając do nich obecne, na przykład: rozstrzelany, zginął inną śmiercią, żyje, jedzie czy nie. A było w czym się rozejrzeć.

Specjalnie chcę tu wymienić nazwiska kolegów więźniów, którzy — poza długim szeregiem innych, a wszystkich wymienić się nie da — zasłużyli na wyróżnienie swoją pracą w naszej Organizacji w Oświęcimiu, gdyż sądzę, że kogoś w przyszłości powinno to jednak obchodzić. Poza już wymienionymi wyżej pracowali więc koledzy wymienieni na osobnym arkuszu od numeru osiem do numeru dwieście osiem. Szczególnie wiele w ostatnim półroczu (o czym piszę osobno) zrobili kpt. dr Władysław Dering i dr Rudolf Diem. W osobnym dziale ppor. Bernard Świerczyna. Odseparowany, lecz silny umysłem Henryk Szklarz, poza tym przeniesiony do Brzezinki z upoważnieniem wachm. Stefan Gąsiorowski, dzielnie poczynający w obliczu śmierci — kpt. dr Henryk Suchnicki. Wyłączenie prądu z ogrodzenia, opanowanie stacji radiowej — pdch. rez. Zbigniew Ruszczyński i pdch. Antoni Rosa oraz niezapomniany nigdy „Wernyhora” — Jan Mielcarek.

Z pamiętnej herbatki pierwszych pionierów w Warszawie w domu numer czterdzieści spotkałem tu rtm. rez. Jerzego de Virion, którego pomimo wysiłków, z załamania duchowego i żartego przez „krecę”, nie udało się już wyratować. Stanisław Ozimek, który był tu przejazdem do kamieniołomów i Jan Dangel, którego udało się zrobić „na chorego” i wysłać do Dachau. Poza tym w planowaniu byłem stale w kontakcie z członkiem naszej Organizacji płk. Teofilem Dziamą i przyjacielem moim, Tadziem, płk. Tadeuszem Reklewskim, dzielną jednostką, który żył pomimo wycieńczenia, chyba tylko dzięki sile woli, dając świetny przykład innym, a z którym właśnie staliśmy obok bezpośrednio przed momentem badania nas przez komisję lekarską.

Tadzio cieszył się, że jedzie do Buchenwaldu, że jest to jeden z najlepszych obozów, że podobno mają nas tam rozesłać na wolne roboty do Niemiec i tym podobne. Tadzio i Kazio byli więc zdania, że lepiej jest jechać, ja też im szczerze tego życzyłem, gdyż był to — tak samo jak Neuengamme — najlepszy obóz. Wkrótce miał nastąpić moment badania nas.

Po rozważeniu wszystkiego i pewnym łamaniu się wewnętrznym zdecydowałem, z czym — po zastanowieniu — zgodził się Tadzio, że moim obowiązkiem ze względu na Organizację jest jeszcze na razie pozostanie w tym piekle i że niestety musimy się pożegnać.

Należało więc szybko działać. Zbliżał się decydujący moment: albo-albo. Byłem zdrów i ważyłem siedemdziesiąt pięć kilogramów. Szybko nałożyłem przyniesiony mi przez jednego z przyjaciół — Staśka, przyjaciela „Teddyego”, który na razie umknął transportu — pas na rupturę38, której nigdy w życiu nie miałem, i stanąłem przed komisją.

Była godzina druga w nocy, komisja była zmęczona. Tadzio, który w porównaniu ze mną był chudzielcem i o kilkanaście lat starszym, został przyjętym do transportu, lecz gdy ujrzano mnie, bez słowa pokazano mi wyjście — „chwyciło” więc. Przez blok transportowy wróciłem do bloku „własnego”, a nazajutrz do normalnej pracy.

Lekarze w czasie przeglądu kiwali z podziwu głowami, patrząc na rozrośnięte, rozwinięte, umięśnione, dobrze odżywione ciała więźniów Polaków. Tu był widoczny skutek pracy. Wiele się przyczyniła do tego „kanada”. Od czasu rozpoczęcia gazowania większych transportów głodu w sensie lagrowym nie było, a połowa Polaków (zorganizowanych) miała wszystkiego dosyć, poza tym od listopada 1942 r. otrzymywaliśmy paczki żywnościowe.

10 marca wywieziono razem pięć tysięcy Polaków. Tysiąc do Neuengamme, tysiąc do Buchenwaldu, tysiąc do Sachsenhausen, tysiąc do Gross-Rosen i tysiąc do Flossenbürga.