W okresie od wiosny 1942 r. do jesieni 1942 r. obóz nasz przedzielony był murem, za którym mieścił się obóz dla kobiet. Potem kobiety zostały przeniesione do obozu w Brzezince, gdzie ginęły w gorszych niż my warunkach, w brudzie, gdyż brakowało wody i innych wygód. Z początku obóz nasz obejmował ogrodzonych na ten cel dwadzieścia bloków, z tego sześć piętrowych, a czternaście parterowych. W ciągu mojego pobytu w obozie zbudowano osiem nowych bloków na placu (byłym apelowym) i wszystkie podniesiono do piętrowych. Wszędzie przeprowadzono kanalizację. Skasowano ubikacje i pompy na polu, przenosząc je do bloków. Wszystkie te budowy kosztowały tysiące istnień ludzkich. Cegły i dachówki nosiliśmy ręcznie z odległości paru kilometrów.

W marcu 1943 r. przywieziono do Brzezinki całe rodziny Cyganów i założono dla nich specjalny obóz. Potem część mężczyzn Cyganów przywieziono do nas. Razem z Holendrami, Norwegami, Francuzami, Żydami, Niemcami, Jugosłowianami, Grekami, Rosjanami, Ukraińcami, Belgami, Bułgarami i Rumunami tworzyliśmy istną wieżę Babel.

Zaczęto mówić o tym, że wszyscy Polacy będą stąd wywiezieni. Jednakże od razu wiadomo było, że na zupełne wywiezienie Polaków, którzy byli jednak najlepszymi pracownikami, władze lagru nie zdecydują się.

Postanowiono więc Polaków wywieźć. Tłumaczono to tym, że tak wielkie skupienie Polaków na terenie Polski, otoczonych zewsząd ludnością polską, ze względu na łatwość porozumienia się, możliwość zrzucenia tu desantu — siły żywej, lub tylko samej broni — jest wielce niebezpieczne. Nie chcieli tego wziąć pod uwagę przyjaciele, zdecydował wreszcie, że tak jest — nieprzyjaciel. W nocy z dnia 7 na 8 marca 1943 r. w blokach zaczęto wywoływać numery Polaków, co do których miejscowy oddział polityczny zrezygnował z dalszych przesłuchań, jak również egzekucji. Prócz wymienionej nocy wywoływano jeszcze numery przez dwie następne. Robiono to w nocy ze względu na to, by nikt nie miał czasu na jakąkolwiek kombinację umożliwiającą mu pozostanie w obozie, a wiadomo, że Polacy, starzy lagrowcy, zawsze potrafili się jakoś wykręcić (można było gwałtownie zachorować). Poza tym w dzień poszczególni esesmani, odpowiedzialni za jakiś dział pracy, szefowie „komand”, bardzo chętnie reklamowali Polaków — zawsze woleli pracować z Polakami. W nocy nie dało się nic zrobić. Z zamkniętego jednego bloku więzień szedł do bloku specjalnie na ten cel przeznaczonego, gdzie wszystkie drzwi zamykano na klucz.

Więźniowie w podnieceniu śledzili wyczytywane numery. Niejednemu kamień spadł z serca, gdy jego numer wyczytano: „znaczy, że zrezygnowali z dręczenia mnie dalej”, „no jadę”, „nie rozstrzelają mnie tutaj”, „Boże, dlaczego mego numeru nie ma dotychczas” — słyszało się dookoła wśród kolegów.

Byli i tacy, którym wyjazd zupełnie nie odpowiadał, byli to więźniowie na dobrych pod względem wyżywienia lub łączności z cywilami stanowiskach. W nowym miejscu znów się będzie „cugangiem”, znowu od początku trzeba będzie pracować nad „wypłynięciem”, utrzymaniem się na powierzchni, a przecież nie wszystkim się uda, więc znów nieubłagana selekcja. Przeważało jednak zdanie, że jednak jechać warto.

Wiadomo było dawno (zdanie wyważone przez więźniów z innych lagrów), że takiego piekła jak tutaj nigdzie nie ma. Poza tym zachęcało do wyjazdu przywiązanie koleżeńskie. Przewidzieć naprzód, kto będzie „wyczytany”, nie można było. Nasi „piątkarze”, którzy nam zawsze przynosili szczegółowe wiadomości z politycznego oddziału, w tym wypadku nic nie mogli powiedzieć. Dwóch bogów lagrowych — Grabner i Palitzsch — strzegli zazdrośnie listy przeznaczonych do transportu.

Od „naszych” esesmanów — było w obozie kilkunastu esesmanów, którzy byli w kontakcie z „naszymi” volksdeutschami — przez których byliśmy zwykle uprzedzani o różnych „historiach” i innych wiadomościach, które zresztą nigdy nas nie zawiodły (kilku z nich było niegdyś podoficerami w Wojsku Polskim), otrzymaliśmy zapewnienie — że w razie czego — pójdą z nami i oddadzą nam klucze od magazynów broni. Co prawda kluczy byśmy od nich nie potrzebowali, ale oni sami, będąc zresztą nieprzyjemnymi, dwulicowymi typami, w tym piekle bardzo nam się przydawali, a mogli się przydać jeszcze więcej. Wiadomo było, że obozy, do których jedziemy są najlepsze w Niemczech, że się zasadniczo nie warto wykręcać, bo potem będą transporty do obozów gorszych.

Ja byłem wyczytany zaraz pierwszej nocy. Miałem jechać do obozu w Neuengamme. Trzymano nas zamkniętych przez resztę nocy w bloku 12a i 19. Nazajutrz staliśmy w szeregach na „brzozowej alejce” przez cały dzień, badani przez komisję lekarską. Badanie przeciągało się do następnej całej nocy. Stałem obok mego przyjaciela — Tadzia (płk Tadeusz Reklewski) i Kazia (Kazimierz Radwański) przeznaczonych do Buchenwaldu.

Myśl moja pracowała gorączkowo. Wyjazd dla mnie oznaczał przekreślenie roboty tutaj. Trzeba się było decydować. A jechała taka nasza zgrana paczka kolegów — przyjaciół.