Pracowałem wtedy w garbarni, gdzie przywożono celem natychmiastowego spalenia w wielkim piecu fabrycznym walizki, wózki dziecinne, torebki damskie i wiele innych przedmiotów, czasami przedmiotów luksusowych, lub celem sortowania i sparowania35 całych piramid butów męskich, damskich, dziecinnych, rozmaitych form, kolorów i rozmiarów. Jeśli dodamy ogromną ilość doskonałej bielizny, to będziemy mieli mniej więcej wyobrażenia o tej właśnie „kanadzie” jednego rodzaju. Drugim rodzajem „kanady” były przywożone przez tych ludzi, którzy sądzili, że jadą na roboty do Niemiec, a „jechali przez komin krematorium w Oświęcimiu”, to zapasy żywności. Najrozmaitsze konserwy mięsne, rybne, sardynki, pomarańcze, cytryny, cukier, czekolada, kakao, cukierki, ciastka, daktyle, migdały, figi i tym podobne. Były cząstką tego, co składało się na „kanadę” tego drugiego rodzaju. Wszystko to razem stanowiło towar do handlu pomiędzy więźniami, pretekst do codziennych rewizji, przy czym rezultatem rewizji było obłowienie się esesmanów lub kapów i wykańczanie się więźniów w bunkrze lub SK36.
„Organizacją złota” było więc posiadanie przedmiotów należących do zagazowanych i uprawnianie handlu takowymi. Przypadkowy jednorazowy wypadek handlu zamiennego pomiędzy dwoma obcymi sobie więźniami wiązał i zobowiązywał do obopólnej dyskrecji. Znalezienie u jednego złota po dochodzeniu — biciu w bunkrze — w rezultacie powodowało czasami „aresztowanie” w lagrze całego szeregu innych więźniów, do których ślady złota prowadziły. Chciwość na złoto esesmanów była przyczyną dochodzeń również wśród nich.
Oświęcim wkrótce stał się centrum, z którego w różnych kierunkach zaczęło — jak strumyczkami — odpływać złoto i brylanty. Władze lagru same w tym maczały ręce. Komendant lagru, będący w dobrych stosunkach z największym bandytą naszej fabryki (garbarnia), oberkapem Erikiem, zezwalał oficjalnie — przypuszczalnie sam do podziału łupu należał — na przywożenie do Erika autami walizek o zawartości samych wysegregowanych zegarków, perfum paryskich, nożyczek i tym podobnych, które to rzeczy wędrowały potem (sprzedawane) do Niemiec.
Wówczas na drogach z Oświęcimia można było widzieć posterunki zatrzymujące nawet auta wojskowe, rewidujące esesmanów i w ogóle wszystkich, co od strony naszego obozu jechało lub szło.
Ta właśnie „gorączka złota” (organizacja złota) i otumanienie esesmanów przez podsuwanie i wskazywanie im pewnych śladów w tym kierunku była dobrym piorunochronem dla pracy naszej Organizacji.
Na złoto ludzie reagowali różnie, osobiście nigdy nie wierzyłem, żeby mnie te „krwawe” brylanty lub złoto przyniosły szczęście i przyznam, że w stopniu dla siebie niespodziewanym przechodziłem koło tych przedmiotów prawie zupełnie obojętnie, lecz znałem takich, którzy pracując na przykład w rzeźni sprzedawali kiełbasę za złoto. Kiedy później miałem zamiar opuścić obóz, zwróciłem się do jednego z kolegów, który miał pieniądze, proponując mu wspólną ucieczkę, gdyż w drodze pieniądze mogły się przydać. Gdy zapytałem, ile już nazbierał, to okazało się, że dopiero nazajutrz mógł mi odpowiedzieć, że ma złota przeszło kilogram, a po paru tygodniach miał przeszło półtora kilograma. Tak się jednak stało, że wyjście z obozu z tym kolegą nie ułożyło się i poszedłem z takimi, którzy akurat złamanego szeląga nie mieli.
Nie tylko złoto lecz w ogóle obóz, warunki, przeżycia, były tym, co wyraźnie klasyfikowało charaktery — wartości indywidualne. Jedni staczali się, stając się coraz większymi draniami bez skrupułów, inni za to, jakby dla przeciwwagi, podnosili się ciągle moralnie, silnie rzeźbiąc w charakterach własnych jak w kryształach. Zdarzały się ciągle niespodzianki, jak załamania tych, którzy się silnymi wydawali, jak również nagle odrodzenie się moralne indywidualności słabych.
Abstrahując od „kanady”, niespodzianki robili i koledzy „cugangi37”, którzy tu z Pawiaka, Montelupich, innych więzień i łapanek przyjeżdżali. W masie nowo przybyłych „piątkarze” nasi szukali krewnych i znajomych, współpracowników w Organizacji na wolności, nad którymi roztaczaliśmy opiekę (bielizna, odżywianie, lepsza praca). Przyglądaliśmy się im zawsze uważnie, bo nigdy jednak nie wiadomo było, jak zachowa się kolega przywieziony z wolności. Na przykład mjr Wacław Chmielewski, który pracował u nas w Warszawie w TAP pod pseudonimem „Sęp”, a którego zdawało się, że dobrze znam, tu w obozie na placu w czasie spaceru, w obecności kilkunastu kolegów bliżej stojących, którzy słyszeli, rzucił się do mnie z radością, krzycząc nieomal: „A, pan tutaj! Pod własnym nazwiskiem. A mnie w gestapo w Warszawie d... w kratki pocięli, pytając, gdzie jest Witold”. Dobrze, że akurat kapusia między nami nie było. W każdym razie zdekonspirował mnie wobec szeregu kolegów, co trzeba było potem odrabiać (świadek tego obecnie na wolności — por. rez. Karol Świętorzecki).
Czasami również niespodzianki robili nam więźniowie, którzy tu siedzieli już od dawna. Typowy schizofrenik (podobno mojżeszowego wyznania) Janusz Kuczbara bez zasad, etyki, skrupułów. Jeżeli chodzi o korzystanie z okazji wzbogacenia się przez „kanadę”, zdołał zdobyć wpływ na „Cześka” i „Tadka” oraz ppor. Konstantego Piekarskiego, przy czym ostatni twierdził, że jest to niezwykły człowiek (Janusz Kuczbara), który jedynie ma placet Warszawy na prowadzenie tutaj roboty. Zorientowany przez ppor. Konstantego Piekarskiego w kierownictwie naszej Organizacji, rzeczywiście imać się zaczął niezwykłych sposobów, usiłując hamować naszą pracę. Gdy jego wysiłki (straszenie nas) nie dały rezultatu, Janusz Kuczbara, oszczędzając dzięki interwencji ppor. Konstantego Piekarskiego moją osobę, postanowił parę osób z naszej góry okryć śmiesznością. W tym celu przy pomocy innego więźnia namalował ośmieszające kolegę Henryka Bartosiewicza i płk. Juliusza Gilewicza (z wymienieniem imion i nazwisk) dyplomy honorowe na „odznakę podwiązki” za pracę niepodległościową w lagrze na dwóch białych kartonach z karykaturami, „z pieczęciami”. Z tymi kartonami, powiązanymi w rulony podwiązkami z „kanady” w biały dzień, w czasie przerwy obiadowej otwarcie defilował w kierunku szpitala, by tam wśród znajomych pochwalić się swym dziwnym wyczynem. Robił wrażenie naprawdę nieprzytomnego, gdyż pierwszy lepszy esesman lub ktoś inny z władz obozu mógł zapytać, co to za rulony niesie pod pachą. Pomijając motywy, które kierowały tym panem, sposób był więcej niż niewłaściwy, gdyż tendencyjnie, a lekkomyślnie narażał dwóch kolegów na dochodzenie, ewentualnie śmierć i dalsze dochodzenie w tym kierunku w obozie. Kolegom kpt. dr. Władysławowi Dedingowi i dr. Rudolfowi Diemowi udało się dyplomy panu Januszowi Kuczbarze odebrać i zniszczyć. Poza tym człowiek ten posiadał spryt (widziałem go pewnego wieczoru w lagrze pod blokiem 23 w umundurowaniu esesmana), co potrafił wykorzystać w dniu 30 grudnia 1943 r., doprowadzając do skutku ucieczkę, o której już wspomniałem.
W lutym 1943 r. przywieziono do nas do bloku 2a czterysta pięćdziesiąt kobiet i mężczyzn, których dręcząc w rozmaity sposób zmuszano do zeznań, tygodniami każąc im leżeć na brzuchu (Polacy). W bloku 11 Palitzsch — kat o specjalnym zacięciu — urządził polowanie na dzieci, kazał biegać dziewczynkom po zamkniętym dziedzińcu i strzelał, zabijając je jak króliki, wyrywał matce dziecko z rąk i rozbijał małą głowę o ścianę, kamień. Zwyrodnialec — płacz i śmierć szły za nim — a on po dokonaniu zbrodni, wychodził uśmiechnięty, przystojny i grzeczny, spokojnie palący papierosa.