Rygor w lagrze od początku, bardzo wolno, lecz stale słabł, tak że przywieziony do lagru o miesiąc później nie tym się różnił od starszego swego kolegi, że o 30 dni mniej tu siedzi, lecz tym, że już nie zaznawał niektórych sposobów gnębienia, które w poprzednim miesiącu jeszcze stosowano. A było tych sposobów zawsze mnóstwo u całej plejady władz i sfory naganiaczy — jedni stosowali je z obowiązku niszczenia życia znienawidzonych, inni dla korzyści przypodobania się pierwszym. Esesmani nieraz otwarcie mówili, jakby tłumacząc swe zachowanie: „das ist ein Vernichtungslager33”. Toteż starzy, widząc rozhukanie na święta, mówili: „Był lager Auschwitz” ale teraz, chwała Bogu, nie ma go już — pozostała jeszcze ostatnia sylaba: sam „wic34”. Nie przeszkadzało to wcale, że wracając po świętach wieczorem po całodziennej pracy do zadrutowanych bloków, jak zawsze widziało się obrazek, który dla innych ludzi spoza lagru mógłby się wydać makabrycznym: orkiestra nasza, złożona z kolegów — muzyków (posada bardzo dobra), podziwiana zresztą przez wszystkie komisje z Berlina i chluba komendanta lagru (jeśli jakiegoś rodzaju muzyka zabrakło, to go bardzo łatwo znajdowano w cywilu i do obozu przywożono), rżnie od ucha jakiegoś marsza — przeważnie bardzo skocznego. Wydaje się, że to jakaś polka albo oberek, pod który maszerują oddziały do obozu. Nie wszystkie jednak idą raźnie, jak stare numery, przeważnie w warsztatach pracujące, niektóre „komanda” suną raczej niż idą, to numery młode — niosą pomdlałych, niektórych wloką z braku sił. Zakrwawione, rozbite ręką jakiegoś kretyna ze Śląska lub Niemca głowy, bezwładnie się „bełczą” lub opierają na ramionach obok zmartwiałych twarzy niosących i mimowolnie pyta się człowiek siebie: „które z tych głów są żywe jeszcze?” Tu wloką jakiegoś półtrupa brzuchem po ziemi, bo niosący ledwo się suną, a trzeba iść w nogę, w takt skocznego marsza, jeśli się nie chce dostać po głowie. Nasz oddział liczy pięć setek, wszystko to warsztatowcy: zdrowi, silni, w miarę możności weseli. Różne się widzi twarze, lecz przeważnie to weterani lagrowi — idziemy mocnym krokiem, przechodzimy koło grupy władz lagrowych, na twarzach których i w oczach widoczne jest jeszcze roześmianie spowodowane przemarszem jakiejś poprzedniej, nieszczęśliwej kolumny. Silny krok kolegów, z których większość należy do naszych piątek, spędza z twarzy tyranów uśmiech. Pomimo że warsztaty są niby również ich „chlubą” i prace nasze i my sami prezentowani bywamy — jako pokazowi więźniowie — wszelkim komisjom, niechętnie patrzą nam w oczy i raczej się odwracają. Myślimy: kiedyż nareszcie na was będziemy mogli się rzucić. Obok stoją — na wszelki wypadek — dwa oddziały żołdaków uzbrojonych po dziurki od nosa, ale co to wobec nas znaczy — nie zdążyliby zipnąć. Lecz nie wolno! Koledzy, nie wolno! Społeczeństwo by za to drogo zapłaciło — tak nam sugerują z oddali. Czy nie ma w tym jakiejś fatalnej omyłki? Przechodzimy koło krematorium. Naprzeciwko wejścia stoi grupka mężczyzn i kobiet. Polacy. Wrażenie akurat takie, jak się widzi kilka krów przed rzeźnią. Mój Boże — kobiety — Polki, zaraz, gdy tylko wejdziemy do lagru, poproszą ich żywcem do krematorium, dadzą im mydełko i ręcznik, a one i oni będą sądzili, że idą się kąpać (czasami nawet tej komedii nie stosują). W krematorium otworzy się okno u góry i spadnie bańka (rozbijając się) z gazem. I koniec z życiem. Dla małej grupki żałowano gazu — ogłuszono uderzeniami po głowie i żywcem wpychano na ruszt. Przechodzić będziemy tuż koło nich, nieomal się otrzemy zdrowi, silni mężczyźni. Żeby chociaż w ich oczach nie ujrzeć pogardy. Lecz może jeszcze mają nadzieję. Wiedzą jednak przecież, że tu się na śmierć przyjeżdża. Przeszliśmy. Nie w jednych oczach widzieliśmy nie pogardę, lecz śmierć! Nie na jednej twarzy dumę, że w Oświęcimiu umrze. Był wśród nich mały chłopak, może dziesięć lat liczący, ten stał na palcach, by nas lepiej widzieć i uśmiechał się do nas może kogoś szukał wzrokiem. My wszyscy mamy jakieś ukochane kobiety, jakichś małych szkrabów w domu, widzieliśmy tutaj wiele dantejskich scen, a jednak oczy tych nie dawały nam potem spokoju w nocy. Dalej koło bramy stoi jakaś druga grupka kobiet i mężczyzn, ci są odwróceni do nas tyłem. Tak stać będą, zanim makabryczny pochód wchodzących się nie skończy. Potem odstawieni będą do bloku 11 do badania, do kresu swej wędrówki — ku „Ścianie płaczu”. Później ich wywiozą w krwawych trumnach tam, gdzie i grupkę pierwszą, a popioły razem z popiołami „häftlingów” rozwieje wiatr w polu. Iluż to kolegom przychodzi na myśl, patrząc na te postacie kobiece: „Może Matka, może żona, może siostra, może córka”. Lecz twarde jest już serce lagrowca — oto w pół godziny potem myśl jego zaprzątnięta jest wyłącznie tym, gdzie „zorganizować” jakieś „żarcie” i stoi ubijając jakiś interes „margarynowy” z jakimś kolegą, zupełnie nie widząc tego, że stoi tuż obok, o krok od ogromnego stosu nagich trupów, którym „zrobiono” na rozkaz zastrzyk z fenolu — dziś tylko stu kilkudziesięciu — i rzucono tu jednych na drugich ze szpitala z porozrzucanymi kończynami, martwymi źrenicami przyglądającymi się załatwianiu sprawy handlowej, w oczekiwaniu na wóz, który za parę godzin zawiezie ich do krematorium. Nikomu nawet na myśl nie przyjdzie wzdrygnąć się, gdy oprze się lub nawet nastąpi na jednego z tych nagusów. Wczoraj był jego kolegą, dziś leży tu spokojnie, jutro może on sam będzie leżał — wielka rzecz!
Tak więc po świętach rok 1943, poza zmianą „lagerältestera” i dalszym postępem w łagodzeniu kursu, rozpoczął się zwykłymi obrazkami lagrowymi. W styczniu 1943 r. został rozstrzelany płk Jan Karcz oraz por. rez., niegdyś pracownik TAP-u w Warszawie, Eugeniusz Zaturski, 16 lutego — por. rez. Stanisław Wierzbicki, były pracownik TAP-u. Następnie grupa osadzona na dłuższy czas w bunkrze i w końcu rozstrzelana: ppłk Karol Kumuniecki, mjr Edward Gött-Getyński, por. Tadeusz Biliński, rtm. Włodzimierz Koliński i por. Mieczysław Koliński — bracia i inni, wszyscy właśnie strzałem w tył głowy z pistoletu sprężynowego używanego do uboju bydła, a więc trochę inaczej jak w Katyniu.
Podobnie jak w Katyniu początkowo ciała zabitych (zagazowanych) grzebano w Brzezince w wielkich rowach, przy których pracowało specjalne „komando”, złożone wyłącznie z Żydów, którzy żyli zaledwie dwa tygodnie, a następnie byli zagazowywani. Potem okazało się, że był to zły sposób, gdyż woda w okolicy zaczęła cuchnąć, no i... zostawały ślady. Zaczęto odgrzebywać trupy i spalać je na stosach. Początkowo pracowano ręcznie, lecz potem zastosowano dźwigi. O spalaniu w krematorium mowy być nie mogło, gdyż krematoria nie mogły nadążyć. Zrobiono nowy projekt dwóch nowych krematoriów, po osiem stanowisk na ciała w każdym, z trzyminutowym spalaniem elektrycznym. Obliczono, że pracując na dwie zmiany i paląc po dwa trupy na jednym stanowisku, można rocznie spalić w dwóch krematoriach plus minus pięć milionów trupów. Projekt zatwierdzono w Berlinie w trybie przyspieszonym i przystąpiono do budowy takowych. Miały być gotowe na 1 lutego 1943 r., potem, z konieczności, terminy przedłużono i w kwietniu 1943 r. były już gotowe.
Gazowanie zdrowych ludzi większe wrażenie zrobiło tylko po raz pierwszy. W parę miesięcy po rozpoczęciu wojny z bolszewikami władze lagru dostały kilkuset pierwszych jeńców, z których około siedmiuset, w obecności jakiejś komisji, wpakowali do jednej sali w bloku 11 (komory gazowe nie były jeszcze gotowe do użytku), stłoczyli ich tak, że stać nawet nie było miejsca, uszczelniono całą salę i w obecności świty w maskach gazowych — zagazowano. Ci, co po przewietrzeniu sali mogli tam wejrzeć, opowiadali o dantejskich wrażeniach, jakie odnieśli. Miała to być, sądząc z mundurów, w których byli gazowani, sama szarża bolszewicka z różnych formacji. Wyglądało to na próbę gazu.
W listopadzie 1941 r. byłem świadkiem — rano, po wyjściu z bloku — jak kilka kolumn, zupełnie nagich, maszerowało do krematorium; było ich kilka setek. Padał zlodowaciały śnieg i wzdrygałem się na myśl, jak im musi być zimno. Byli to bolszewicy. Ponieważ był to pierwszy wypadek pakowania do krematorium od razu żywych ludzi, dziwiłem się, czemu wyczyniają jakieś historie właśnie w tym „lokalu”, gdy tam nie ma absolutnie czasu na cokolwiek innego, jak palenie ciał i pracujący tam więźniowie na dwie zmiany dzień i noc, ledwie zdołają dać radę z nawałem naszych ciał (kolegów). Okazało się, że zostali oni rozebrani i wpędzeni od razu do krematorium, właśnie dla zaoszczędzenia czasu.
Od początku lagru, bardzo rzadko, zdarzały się zwolnienia przeważnie więźniów z transportów warszawskich z łapanki. Lecz od czasu, gdy się rozpoczęły gazowania, wszelkie zwolnienia ustały, aż do końca 1942 r., kiedy to na skutek podpisywania w lagrze przeważnie przez Ślązaków listy volksdeutschów, szereg więźniów opuszczać zaczęło obóz, z tym że ich od razu pakowano do wojska, by nie mieli wiele czasu na „plotkowanie” na tematy lagrowe.
Od początku obozu władze starały się zabrać nam czas wolny po pracy — którego i tak mieliśmy bardzo mało, gdyż początkowo pracowaliśmy również w niedzielę — najrozmaitszymi przeglądami mundurowymi („Sachenappell”), niewypuszczaniem z bloków („Blocksperre”), a od czasu epidemii tyfusowej — szukaniem wszy i przeglądaniem przez sanitariuszy bielizny („Läuseappell”). Pod upozorowaniem tego higieną kryła się myśl przewodnia, by więźniowie mieli możliwie znikomą ilość czasu na porozumiewanie się.
Gdy władze zorientowały się, że u nas Polaków jakoś wszystko dziwnie „klapuje” (solidarność, opanowanie lepszych stanowisk, podtrzymywanie chorych i wielki procent ozdrowieńców łącznie z „przypadkowym” wykańczaniem się nasyłanych nam szpicli), zaczęło im świtać w głowie. Wtedy — jesień 1941 r. — odebrano nam w niedzielę jeszcze dwie godziny czasu (od 13 do 15), przeznaczając je na przymusowe spanie, ściśle przestrzegane przez władze bloków, albowiem więzień, który nie spał w niedzielę po obiedzie był uważany za sabotażystę marnującego swoje siły.
Widząc, że rezultat tego zarządzenia był nikły, w 1942 r. władze wzięły się na inny sposób. Umieszczono na bloku 15 (na zewnątrz) skrzynkę pocztową, do której polecono (ogłoszono we wszystkich blokach) wrzucać anonimowo lub z podpisami zawiadomienia władz o różnych podpatrzonych, podsłuchanych rozmowach i tym podobne. Podjęliśmy wtedy walkę. Zajęli się tym: por. Tadeusz Biliński, kolega Tadeusz Jakubowski i kpt. Tadeusz Dziedzic, którzy spreparowanym kluczem otwierali skrzynkę na kilka godzin przed otworzeniem jej przez Palitzscha lub innego z władzy. Wrzucone listy przeglądaliśmy, zostawiając dla nas nieszkodliwe, orientowaliśmy się, kto jest „kapusiem” i czasami dopisywaliśmy sami anonimy, by władze miały „strawę” dla dochodzeń w kierunku „organizacji złota” lub innym, odbiegającym od nas i absorbującym całą uwagę władzy, czasami nawet z dobrym rezultatem, skierowując dochodzenia przeciwko samym „kapusiom”.
Organizacją złota nazywało się wszystko to, co się tyczyło złota, banknotów lub drogich kamieni ukrytych w teczkach, walizkach lub tubkach z kremem, pastą do zębów, obcasach, w mydle i wszędzie, gdzie się tego najmniej można było spodziewać, a pozostałych po zagazowanych tu transportach przeważnie (lecz niekoniecznie) Żydów, którzy tu jechali „na roboty do Niemiec” z Francji, Czech, Grecji, Holandii, Norwegii i tym podobne, a którym wolno było zabrać ręczny bagaż, w którym chcieli cały swój majątek — w postaci złota, dolarów, brylantów — skrycie przemycić. Po pobieżnej, a nieumiejętnej rewizji tych rzeczy przez esesmanów kapów, więźniowie, którzy z tytułu swej pracy lub sprytu zdołali dopaść tych rzeczy, a nie krępowali się żadnymi skrupułami, wyciągali (nieraz byłem świadkiem) wcale piękne brylanty, złoto i banknoty, poza tym najrozmaitsze przedmioty galanterii damskiej i męskiej i wszystko co dobrze sytuowana kobieta lub mężczyzna za konieczne mieć uważali.