Wszyscy oni, ppor. rez. Stanisław Wierzbicki, Czesław Sikora i Kiliański zgodnie oznajmili, że są zaskoczeni naszym stanem fizycznym (więźniów Polaków, że w Warszawie o nas myślą jak o „kościotrupach”). Przywieźli nam przykre wiadomości o tym, że — zasadniczo — o Oświęcimiu mało kto myśli i nie ma mowy o tym, żeby ratować Oświęcim, bo się nie opłaci, gdyż to są ludzie „do niczego” — same kościotrupy. I gorzko, i śmiesznie było o tym myśleć, patrząc na tryskające zdrowiem postacie kolegów — Polaków. Nie prosiliśmy przecież nikogo o jakąkolwiek pomoc, czekaliśmy na rozkaz — zezwolenie wszczęcia akcji samodzielnej lub — zakaz takowej.
Na zakończenie nowo przybyli wnieśli prośbę „ratujcie nas”.
Po zaopiekowaniu się kpt. Stanisławem Machowskim przez jego znajomego i podwładnego niegdyś, a naszego pracownika Motykę, resztę oddaliśmy opiece innych i znaleźliśmy im lekką pracę.
Historia się powtarza — niezrozumiali są ci, co w obozach giną, jak również ci, co w obozach trwają. Trzeba dopiero wielu lat, by — już ich prochom — hołd oddano.
Od czasu do czasu — przez tych parę lat w lagrze — niektórzy starali się sugerować mi, że żadnej pracy na terenie obozu prowadzić nie należy, że jest to wbrew „życzeniom społeczeństwa”. Nie chciałem w to wierzyć, bo według tego rozumowania, a więc niby „na życzenie reszty społeczeństwa” należałoby, by przywieziony do lagru Polak zmarł i to zmarł jak najprędzej — nie walczył o byt, nie opiekował się kolegami, nie podtrzymywał nikogo na duchu i w chwili, która kiedyś nadejdzie, jeśli jeszcze żyć będzie, był członkiem stada niemrawych baranów. Tacy, ma się rozumieć, nie będą już groźni — ani dla wroga, ani dla reszty Polaków, którzy — świadomie lub nie — robią wrażenie, jakby w braciach swych, więzionych w lagrach — widzieli konkurentów do późniejszych laurów.
My nie o laurach myśleliśmy w lagrze.
W wysiłku pracy codziennej walczyliśmy o to, by jak najwięcej dać braciom Polakom sił do tej walki i o to, by jak najmniej oddać do komina krematorium istnień polskich, a dzień czasami wydawał się rokiem. Poza tym — niektórzy nawet w lagrze — potrafili mówić, że oni tylko mają upoważnienie do pracy, reszta zaś widocznie w ich pojęciu przestaje być synami Polski. Tak na przykład: „Czesiek” i „Tadek”, mając dobre warunki łączności z cywilną ludnością, a przez to i dalej oraz będąc daleko rozgałęzioną pierwszą „piątką górną”, tak daleko od pnia odbiegli, że sugerowali mi przez ppor. Konstantego Piekarskiego, że tylko oni są upoważnieni przez Warszawę do prowadzenia pracy na terenie lagru (raporty, fotografie). Wszyscy inni natomiast — „zdaniem Warszawy” — jak twierdzili „Czesiek” i „Tadek”, winni przestać pracować, co oznaczało prawie to samo, co przestać egzystować. Przyzwyczaiłem się już dawniej w Warszawie do pokutującego wśród Polaków przesadnego wyobrażenia, że tylko on coś może i on jest upoważniony, więc się tym nie przejmowałem, tym bardziej że zwykle wygląda to na walkę z konkurentami i pracę dla korzyści własnej w przyszłości.
Co się tyczy radia, to prócz naszej iskrówki32, którą na skutek nieostrożności „języków” musieliśmy w jesieni 1942 r. rozmontować, i jednego aparatu odbiorczego, udało mi się wkręcić, na miejsce niezdarnego już byłego naszego komandora Sokołowskiego, do miejscowej niemieckiej radiostacji obozu, gdzie razem z ppor Konstantyn Piekarskim robiliśmy dla władz mapy i gdzie udało mi się zorganizować naszą komórkę przy udziale pdch. rez. Zbigniewa Ruszczyńskiego, oraz skąd wyniosłem cały plik druków — szyfrowanych skrótów, używanych przez „Funkstelle” (ośrodek łączności radiowo-telegraficznej przy komendaturze oświęcimskiego garnizonu SS A. C.), tak zwanych „Verkehrabkürzungen”. Druki te przez kolegę Eugeniusza Dulina, za pomocą „styków” w pracy więźniów z pracownikami cywilnymi w Brzeszczach, przekazałem „cywilom” — członkom Organizacji na zewnątrz, którzy twierdzili, że w ich planach leży „odbicie” Oświęcimia i pomszczenie tylu „męczenników”. Słabsi duchem więźniowie podchwycili to chętnie, twierdząc, że my sami nie powinniśmy nic w tym kierunku robić, tylko czekać, aż nas „oswobodzą” — jak się okazało, czekać beznadziejnie.
Przez cały rok 1942 miałem wielką łatwość w manipulowaniu przy przenoszeniu kolegów należących do naszej Organizacji do upatrzonych działów pracy („komand”), celem przygotowania „gruntu” dla pracy Organizacji. Było to możliwe dzięki temu, że członek naszej Organizacji, pdch. Mieczysław Januszewski, potrafił zdobyć stanowisko „arbeitsdiensta” i całe masy członków naszej Organizacji zajęło miejsca wygodne, bądź to z powodu dobrego „komanda”, dającego możliwość zachowania życia, bądź tylko wyłącznie dla celów pracy organizacyjnej, jak również w razie potrzeby ulokowania kogoś w „Komando” nadającym się do zorganizowania ucieczki (jak było z Wincentym Gawronem i Stefanem Bieleckim, celem przekazania meldunku do Warszawy, a jednocześnie ratując życie tych dwóch kolegów, którzy siedzieli za broń i mieli wyroki śmierci).
Rok 1942 zakończył się kawałem, jaki spłatali czterej więźniowie, należący do elity lagrowej, gdyż pełnili obowiązki „arbeitsdienstów”. Pierwszy i drugi Arbeitsdienst — Mietek (pdch. Mieczysław Januszewski) i Otto (noszący kolejny numer więźnia — 2), obaj dzielni, o sympatycznej powierzchowności, cieszący się sympatią więźniów, w towarzystwie innych jeszcze dwóch kolegów, mając wiele swobody w poruszaniu się w lagrze i w obrębie większego „łańcucha wart”, pojechali sobie końmi w świat, na dodatek robiąc wielką przysługę nam więźniom, napisanym listem do jednego z katów obozu — więźnia nr 1 — „lagerältestera”, szpiega Polaka na usługach niemieckich (Bronisław Brodniewicz), zwanego „Bruno — czarna śmierć”. List utrzymany w serdecznym tonie (więzień nr 1 i nr 2 nie znosili widoku jeden drugiego), oznajmił, że tak się jakoś złożyło, że muszą się śpieszyć, nie mogą — pomimo umowy — zabrać go ze sobą. Pomimo że porozumienia z Brunem w ogóle być nie mogło, a tym bardziej w sprawie ucieczki, władze lagru pozbawiły nas jednak tego kata, a jego wolności, pakując go do bunkra, gdzie tłumaczył się przez trzy miesiące (ucieczka — 30 grudnia). Zamknięcie Bruna — na Sylwestra — spowodowało, że reszta świąt — aż do 6 stycznia przeszła pod znakiem niebywałych przedtem zabaw, maskarad, meczów bokserskich, koncertów i tańców, co na starych lagrowcach robiło wrażenie jakiegoś szału przed burzą.