Dowódca bojowy całości — mjr Zygmunt Bończa-Bohdanowski, I Baon mjr Edward Gött-Getyński, II Baon — kpt. Stanisław Kazuba, III Baon — kpt. Tadeusz Lisowski i IV Baon — kpt. Julian „Trzęsimiech”.
Dnia 28 października 1942 r. na apelu wywołano z szeregów, pod pretekstem pójścia do „Erkennungsdienst”31 w sprawie fotografii, wielu kolegów, przeważnie Lubliniaków, chociaż byli między nimi i z innych dzielnic Polski, jak na przykład dzielny Stanisław Stawiszyński. W czasie, kiedy cały obóz był w pracy, za drutami — tych wszystkich w liczbie 265 rozstrzelano w 11 bloku. Miał tam miejsce pierwszy wypadek, kiedy znalazło się pięciu więźniów namawiających pozostałych do oporu, między innymi kpt. dr Henryk Suchnicki i Leon Kukiełka. Jednak — poza pięcioma — wszyscy inni zdecydowali, że ich obowiązkiem, ze względu na możliwość represji w rodzinach, ...jest zginąć, a mieli parę godzin do namysłu. Tych pięciu już w 11 bloku zabarykadowało wejście, lecz władze lagru, zawiadomione przez szpicla Ślązaka, zjawiły się, rozprawiły z tą piątką, a potem kolejno zabijano ich strzałem w tył głowy z karabinu małokalibrowego i pistoletu sprężynowego.
Dzień 28 października 1942 r. był dniem naprężenia. Na razie nie wiedzieliśmy, po co zostali wywołani, potem — nie mogliśmy się porozumieć. W górze Organizacji dosłownie nieomal gryźliśmy palce. Żeby chociaż słowo od bliźnich z wolności.
Czekaliśmy na decyzję tych 265. Ich bunt rozwiązałby nam ręce. Skrupuły siłą faktu zgodnie z naszym życzeniem lub wbrew takowemu, musiałyby odpaść. Obóz byłby w naszym ręku. Czekaliśmy. Zadecydowali inaczej. Trzeba było widzieć, jak dzielnie szli na śmierć.
Już od chwili ustawienia ich w piątki przez Palitzscha z karabinkiem, koło trzeciego bloku, wiedzieli, że idą na śmierć. Od bloku trzeciego szli łukiem pomiędzy blokami: 14 a 15, kuchnią a 16, 17, 18, pomiędzy 25, 26, 27 a 19, 20, 21. Tu, koło drewnianego budynku kantyny, jak gdyby się zawahała nieco kolumna, lecz szybko zdecydowała się i zawracając pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, skierowała się już prosto we wrota śmierci w 11 bloku. Dzień był słoneczny. Kolumna 265 maszerowała raźno, w wyrównywanych piątkach, silni, młodzi, wybrani. Niejeden dowcipkował, większość miała uśmiech na ustach, bo przeważnie byli to lagrowi weterani. Nieraz sami obserwowali, jak większe lub mniejsze grupki kolegów szły na śmierć i komentowali to potem, robiąc uwagi, kto i jak w obliczu śmierci się zachował. Lecz nigdy nie szło tak wielu, naraz 265 — cała kolumna, bez żadnej eskorty, szli sami, tylko z tyłu szła dobrana para rozmawiając ze sobą — „Bruno” i Palitzsch z karabinkiem na pasie, jak na spacer. Trzeba przyznać — Palitzsch tchórzem nie był. Wystarczyło, by ostatnia piątka zrobiła w tył zwrot, a Palitzsch i „Bruno” w pół minuty przestaliby „zipać”. Ci dwaj jednak byli pewni siebie — wiedzieli, że na śmierć szli ludzie zasugerowani wieściami od przybywających z wolności kolegów, iż wróg nie oszczędza rodzin buntowników. Dla ratowania własnego życia nie narażą przecież na śmierć lub katusze matek, żon i dzieci. Przeżycia piekła wyniosły ich już na pewne wyżyny duchowe — przeżywali tu jednocześnie i niebo, i piekło. Prócz tych, co już zginęli, iluż z nich już nieraz ryzykowało życie dla przyjaciela.
Komentując w naszej paczce przyjaciół to wszystko tego dnia wieczorem, zapytywaliśmy siebie, czy ludzie na wolności ocenią to i zrozumieją kiedykolwiek? Tamtych pięciu może nie miało bliskich, może wreszcie nastąpił u nich moment przełomu? Nie zdołali jednak porwać reszty i zdecydowali się za późno, wtedy gdy już byli zamknięci w 11 bloku. Przyspieszyli tylko własną śmierć. Reszcie kazano czekać na śmierć kilka godzin, do południa.
Miał to być rewanż za zajścia na Lubelszczyźnie.
W jesieni 1942 r. przyjechali znani mi z pracy w Warszawie ppor. rez. Stanisław Wierzbicki, Czesław Sikora, Kiliański oraz kpt. Stanisław Machowski, o którym ppor. rez. Stanisław Wierzbicki mówił, że jest referentem personalnym Komendy Głównej Warszawa. Pomimo że wszyscy do ostatniej chwili pracowali w Warszawie, wymienieni czterej mało o Oświęcimiu wiedzieli. Ppor. rez. Stanisław Wierzbicki wiedział, że trzeba znaleźć „Witolda”, lecz nic nie słyszał o masowym gazowaniu, o „kanadzie”, o zastrzykach fenolu, „piramidach”, tajemnicy 10 bloku i o „Ścianie płaczu” w 11 bloku. Ppor. rez. Stanisław Wierzbicki przywiózł mi przyjemną wiadomość, że wysłany od nas Stefan Bielecki dobrnął szczęśliwie do Warszawy i pracuje. On sam go odwoził autem do Mińska Litewskiego. To nas pocieszyło, bo dotychczas nie mieliśmy żadnych wiadomości o losach wysyłanych. Wsiąkali w teren... bez echa.
Na zapytanie, jak się zapatrują ludzie na wolności na ucieczki z Oświęcimia, ppor. rez. Stanisław Wierzbicki odpowiedział „dwojako”.
Społeczeństwo potępia, gdyż sądzi, że dotychczas rozstrzeliwują dziesięciu za jednego zbiega, natomiast Komenda Główna w Warszawie odznacza zbiega z Oświęcimia „Virtuti Militari”. Dziś na wolności mogę się tylko śmiać z tego. Biedaczysko bujał nas — widocznie chciał nas namówić na ucieczkę z Oświęcimia razem z nim. Nie przeżył biedak dwóch miesięcy.