Tragedią więc naszą było nie to, żeśmy, jak myślała Warszawa, byli kościotrupy, lecz przeciwnie, że jakkolwiek byliśmy silni i lokalnie bieg wypadków mieliśmy w swoim ręku, ze względu jednak na ogólną sytuację (Społeczeństwo — Represje) — ręce mieliśmy związane i z oddali musieliśmy uchodzić za bezradnych.

Potrzebny nam był rozkaz = zezwolenie = placet28 Władz naszych w Warszawie, by w przyszłości nie powiedziano, że ambicja p. p W., J. lub H tyle ofiar w Społeczeństwie kosztowała i czyn ten nie był wytknięty jako przykład pokutujących w nas od wieków wad narodowych: brak dyscypliny i samowola.

Wtedy jeszcze, ze względu na rozrzucenie poszczególnych „komand” po różnych blokach, dzieliliśmy siły nasze na cztery zasadnicze wielkie oddziały według zadań, które na moment ewentualnego opanowania lagru przypadały tym oddziałom przygotowanym do rozwiązania zadania dwojako: 1) Akcja w czasie — obóz w pracy, 2) Akcja w czasie — wszyscy w blokach (noc, święto).

Wysłałem wtedy meldunek przez Stanisława Jastera29, który razem z trzema kolegami świetnie zorganizował ucieczkę autem komendanta lagru i w bezczelny sposób, koło spotkanego w drodze „Lagerführera”, który oddał honory przebranym paru więźniom w wojskowe mundury, pojechał w świat.

Dopiero w Oświęcimiu, w naszej pracy, doczekałem się momentu, o którym mogło się kiedyś na wolności marzyć beznadziejnie. Oto dopiero w obliczu stosów trupów odrzucili nasi działacze polityczni wstrętne dla mnie zawsze marnowanie energii na partyjne zżeranie się wzajemnie. W komórce politycznej naszej Organizacji znaleźli się razem prof. Roman Rybacki, były poseł Stanisław Dubois, kolega Konstanty Jagiełło, kolega Piotr Kownacki i kolega Kiliański, którzy wszyscy bardzo przykładnie, zgodnie pracowali.

Transportem do innego lagru, z zamiarem ucieczki w drodze (specjalnie umieścili się w transporcie), wyjechali w lipcu 1942 r. płk Kazimierz Rawicz i pdch. 10 pułku ułanów Witold Szymkowiak, przez którego przesłałem meldunek30. Przed swym wyjazdem płk Kazimierz Rawicz zaproponował mi, żebym się zwrócił do płk Juliusza Gilewicza celem wciągnięcia go do pracy na miejsce ustępującego płk Kazimierza Rawicza. Rozmówiłem się z płk Juliuszem Gilewiczem, który się zgodził, wszedł do naszej Organizacji i zaczęliśmy pracować dalej w nowym składzie, gdyż staraniem Henryka Bartosiewicza doszedł jeszcze ppłk Karol Kumuniecki. W ten sposób nie było już prawie oficerów, którzy by nie pracowali w naszej Organizacji.

Wkrótce potem został rozstrzelany płk Aleksander Stawarz i kolega Stanisław Dubois.

W sierpniu 1942 r., w czasie epidemii tyfusu, władze — pod pretekstem „odwszenia” — zagazowały wielu więźniów już zdrowych, którzy byli w bloku tyfusowym (20) jako rekonwalescenci i pojechali do gazu z całą świadomością, że śmierć zawdzięczają zbiegowi okoliczności, bo akurat w dniu gazowania znajdowali się jeszcze w bloku tyfusowym. Blok został zamknięty i wszyscy, za wyjątkiem lekarzy i pielęgniarzy, zostali wywiezieni autami do gazu. Tu wiele zdziałał kpt. dr Władysław Dering, ratując życie ponad 20 Polakom, przebierając ich w ubrania pielęgniarzy.

Na tyfus zachorowałem w 6 dni po tym masowym gazowaniu i szczęśliwie przeszedłem tę chorobę. Prawie wszystkie „stare numery” musiały przejść tyfus.

Po generalnym odwszeniu, po którym władze obozu uporządkowały rozlokowanie więźniów w ten sposób, że każde komando zakwaterowane zostało w całości w jednym bloku, nieświadomie ułatwiając nam zadanie w razie naszej akcji. Gdy już teraz odpadła potrzeba dwojakiego rozwiązania (1. Komanda w pracy lub 2. Więźniowie w bloku), podzieliłem wtedy wszystkie siły, odrzucając ramy poszczególnych piątek, na bataliony, kompanie i plutony, wyznaczając rejony działania, łącząc w bataliony poszczególne bloki i wyznaczając dowódców: