Wszelkie wiadomości otrzymywane w sprawie pracy organizacyjnej w Oświęcimiu przekazywałem 230. Podpisuję się zgodnie z kluczem „218”. Warszawa, dnie 15 lipca 1944 r.
[Napisane przez „Jeża”:]
,Raport W i cała sprawa Oświęcimia i jest mi znana. Przez cały czas usiłowałem Witoldowi pomóc w przedłożeniu jej właściwym czynnikom i otrzymaniu miarodajnej, formalnej odpowiedzi — decyzji. O ile mi wiadomo — mimo wszelkich starań — Witold do tej pory odpowiedzi takiej nie otrzymał. Na żądanie mogę służyć w tej sprawie wszelkimi informacjami i komentarzami. (—) „Jeż”. Warszawa, dnia 18 lipca 1944 r.
[Napisane przez Witolda:]
Po wyjściu z Oświęcimia nie udałem się do rodziny, lecz siedziałem w pobliżu Krakowa, chcąc akcję zbrojną na Oświęcim doprowadzić do skutku. W tym celu montowałem oddział koło Bochni przy pomocy Tomasza Serafińskiego oraz 232. Jednocześnie usiłowałem porozumieć się z Władzami w Warszawie, chcąc mieć placet na akcję — przez korespondencję oraz ustnie przez ściągnięcie tu z Warszawy Stefana Bieleckiego. Ustosunkowanie się jednak władz naszych w Krakowie do sprawy i naświetlenie takowej przez „Wiatra” — „Teodora” spowodowało, że po trzech i pół miesięcznym oczekiwaniu koło Bochni na decyzję z Warszawy zdecydowałem się udać do Warszawy osobiście.
W Warszawie 23 października 1943 r. za pośrednictwem „Jeża”, uzyskałem kontakt z Zastępcą Szefa 233, któremu sprawę Oświęcimia zreferowałem. Następnie — 29 października 1943 r. — z polecenia tegoż Zastępcy Szefa 233, całą sprawę Oświęcimia, łącznie z planowaniem akcji zbrojnej na takowy, wszechstronnie omówiłem z oficerem operacyjnym 233 — pseudonim „Zygmunt”, „Wilk”. Od niego otrzymałem odpowiedź w tych słowach: „Po wojnie pokażę panu grube archiwum na temat Oświęcimia”. Gdy zaznaczyłem, że fakt istnienia tak grubego archiwum więźniom w Oświęcimiu wcale ulgi nie przynosi, „Zygmunt” — „Wilk” powiedział mi: „Mogę pana zapewnić, że z chwilą, gdy sprawa ta stanie się aktualna, zwrócimy się do pana”. Witold. Warszawa, dnia 20 lipca 1944 r.
Dnia 21 lipca 1944 r. rozmawiałem z Szefem 233, chcąc tą drogą przesłać Komendantowi AK mój raport. Szef 233 oświadczył mi, że „jest to niecelowe, gdyż Komendant Główny zna dokładnie sprawę Oświęcimia”, że Szef sam parokrotnie starał się w KWP sprawę akcji na Oświęcim przeforsować, lecz że wszelkie wysiłki w kierunku otrzymania rozkazu na tę akcję zawiodły ze względu na trudność przeciwstawienia się w dyskusji nad projektem odbicia rzeczowych argumentów, na słuszne pytania jak przerzucić lub skąd wziąć siły na ten cel w pobliżu Oświęcimia i co zrobić z tymi tysiącami ludzi po odbiciu (kobiety, chorzy, niezdolni do marszów)”. Witold. Warszawa, dnia 22 lipca 1944 r.
Stwierdzam zgodność powyższych odpisów z oryginałami oświadczeń pisanych własnoręcznie przez ich autorów. Maria Szelągowska. Warszawa, dnia 23 lipca 1944 r.
Raport „teren S”
Na tej osobnej kartce, która ma być ściśle zakonspirowana, chcę nadmienić o tym, co nie mogło by na razie ujrzeć światła dziennego, a mianowicie pracy w szpitalu lagrowym. Wszelkie usuwanie szpiegów, nasyłanych przez władze lagrowe, dokonywaliśmy przez kolegów naszych, którzy zajmowali stanowiska w szpitalu. Również przenoszenie pracowników naszej Organizacji dokonywaliśmy, korzystając z możliwości, jakie dawał szpital. Potrzebne to nam było dla wprowadzenia naszych ludzi do danego „komanda”, celem wzniecenia tam naszej pracy, jak również dla usunięcia sprzed nosa jakiemuś draniowi naszego kolegi, który mu już wpadł w oko i mógł być wykończony. W wypadku takim — porozumiewaliśmy się z kpt. dr. Władysławem Deringiem lub dr. Rudolfem Diemem i bywaliśmy informowani — kiedy „delikwent” — ma przyjść, żeby „zachorować”. Po chorobie szedł tam, gdzie nam był potrzebny, gdyż w tym czasie urabiało się sprawę przez „swego” arbeitsdiensta, a w poprzednim komando zapomniano o takim, wykreślano go z listy, bo właściwie szpital a śmierć to już było blisko jedno od drugiego. Tak więc w podobnych wypadkach, jak w pomocy przy sprzątnięciu szpiega, który coś wąchał, szpital szedł nam bardzo na rękę i bez takowej pomocy — sprawa byłaby znacznie trudniejsza. Poza tym kpt. dr Władysław Dering, robiąc tysiące operacji, nabrał takiej wprawy, że czasami prawie cudów dokonywał i był szczerze podziwiany przez lekarzy niemieckich, asystujących przy różnych zabiegach, gdyż też mógł wiele w szpitalu zrobić. Przyjmowanie drogą nielegalną kolegów naszych, stosowanie nieoficjalnie szczepionki tyfusowej, kombinowanej spoza lagru — miało miejsce w tysiącach wypadków. Tymi sposobami wyratowano wielu Polaków od śmierci. Jednego tylko dnia, a mianowicie w dniu wywożenia do gazu wszystkich z bloku 20., kpt. dr Władysław Derling, który był przy lekarzach Niemcach, wyratował przeszło dwudziestu Polaków, których przebierał w uniform pielęgniarzy i jako takowych prezentował Niemcom po jednemu44. Lecz żeby wejść w te możliwości rządzenia w szpitalu należało przedtem urobić lekarzy Niemców, zdobyć u nich zaufanie — co, z rozkazu, kpt. dr Władysław Dering robił od roku 1940. Robiło się to w pierwszym roku w sposób prosty, robiący na Niemcach możliwie większe, a potrzebne dla nas wrażenie, dla więźniów zaś możliwie najmniej szkodliwy — przez głośne ruganie. Dlatego też niesłuszne zdanie o kpt. dr Władysławie Deringu roznosiły niektóre płytkie umysły po lagrze lub po wyjściu na wolność tylko dlatego, że na nich głośno krzyczał lub wymyślał od „inteligentów”, tym bardziej że kolega w lagrze nieprzystosowany do życia, niezaradny, bardzo często niestety właśnie inteligent, tym większy egoista, im większa niezdara, był czasami naprawdę naszą zmorą. Nie odczuwając żadnej potrzeby pracy zespołowej i zrobienia czegoś dla kogoś, obłędnie przejęty wyłącznie chęcią ratowania tylko siebie potrafił inteligentnie wyrażać swoje oburzenie, jeśli ktoś nie o nim tylko musiał myśleć.