Oko Proroka
Synopa Archioka
— Musztułuk! — zaraz zawołam, a słowo to wyleciało mi z ust jakby swoją własną wolą bez mojego pomyślenia; tak mi je Semen w pamięć wbił, że i przez sen bym był tak odpowiedział.
— Bedryszko ci się kłania! — rzecze na to Kozak, ale nie czekając ani chwilki, co mu na to powiem, skoczy ku mnie, porwie mnie całą mocą za gardło, obali mnie na ziemię, i przygniótłszy mi kolanem piersi, tak mnie zdławi, że krzsknąć i nawet odetchnąć nie mogę.
W tejże chwili widzę, jak przypada dwóch innych Kozaków, i nim jakie słówko wyrzec mogłem, już mi ręce powrozem skrępowano i w pole powleczono. Tu czekały już konie, które przyprowadził spod gospody wyrostek jakiś: Kozacy powsiadali, a jeden z nich, ów straszny, przerąbany, co do mnie w Semenowe słowa był przemówił i na ziemię mnie zaraz potem powalił, przytroczył mnie teraz do swego konia.
Dotychczas nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, tak to wszystko nagle, jakoby w jednym okamgnieniu się stało, a w oczach mi jeszcze to iskry, to czarne kropki skakały, tak mnie niecnota zdławił, ale teraz ochłonąłem po tym zaskoczeniu i widzę, że jeden z Kozaków to nie kto inny, jeno ów nasz Kozak z Podborza, Semen Bedryszko!
— Semen! — zawołałem — Semen!
Semen tylko popatrzył na mnie jakby z wielkim gniewem i żałością zarazem, ale nic nie odpowiedział, jeno zaraz głowę w przeciwną stronę odwrócił.
Kozacy ruszyli przez pola dobrym kłusem, a jam musiał biec co tchu i kroku koniom dotrzymywać, i już byłem bliski omdlenia, kiedy Semen coś przekładać zaczął temu, co mnie miał na troku, i w chwilę potem zwolniono, i stępa jechać zaczęto. Zadyszany bardzo, nie mogłem zrazu nawet przemówić, aż wysapawszy się trochę, rzekę:
— Semen! Za co mnie, jak Tatary, tak w łykach wleczecie?