I wydobył spod kontusza coś bardzo bezpiecznie owiniętego w szmaty, i zacznie to rozwijać bardzo ostrożnie i powoli, i jedną szmatę po drugiej odrzuca, a było tych szmat może aż pięć, że się zdało, iż temu już chyba końca nie będzie, a przez cały czas spoziera to na mnie, to na ojca tak wesoło, że mu aż oczy skaczą, aż nareszcie wydostał jakiś papier złożony w kilkoro, rozłożył go, jak był szeroki i długi, i woła:

— A to co jest?

— A to co jest? — powtarzam ja także wraz z ojcem.

— Dekret królewski jest! — woła Matysek. — Konfirmacja na sołtystwo przyszła.

— Dekret jest! Konfirmacja przyszła! — wołamy. — Kiedy przyszła? Kto ci ją dał? Skąd to masz? Dawajże tu, pokaż!

— Cicho, Żydy, niechaj sam rabin szczeka — mówi Matys, a umyka przed nami z papierem i jeno palcem pokazuje na pieczęć, która na nim była. — Jak będziecie tak razem pytać i krzyczeć, to się niczego nie dowiecie. Przyszedł dla was dekret, Marku, i kwita? Pomału bestia lazła, ale przecie wylazła, ale nie sama, tylkom ja jej trochę dopomóc musiał.

Dał nam nareszcie ten papier; ojciec mój chwycił go oburącz, a ręce mu się trzęsły przy tym okrutnie; na opak pismo wziął, bo czytać dobrze umiał tylko z drukowanego, do nosa je przytknął, do oczu, do gęby, jakby chciał pokosztować i powąchać, co tam jest, aż w końcu mnie je podał.

Było to pismo podłużne, pięknie pisane, z wielką pieczęcią na opłatku, a z samego wierzchu stało dużymi literami:

ZYGMUNT III, Z BOŻEJ ŁASKI KRÓL POLSKI, WIELKI KSIĄŻĘ LITEWSKI, RUSKI, PRUSKI, MAZOWIECKI, ŻMUDZKI, INFLANCKI etc. I SZWEDZKI, GOTSKI, WANDALSKI DZIEDZICZNY KRÓL.

Pisane było całe po polsku, ale było w nim wiele słów łacińskich, których ja nie rozumiałem, to jednak jasno i wyraźnie tam stało, że