— Kiedyś spod Sambora — mówi dalej Marianeczka — toś pewnie słyszał o kupcu panu Zybulcie?
Tego kupca moja matka dobrze znała i jak to swego czasu napomniałem, uprosiła go była, że listy pisał do lwowskich Ormian, jeżeli czego o moim ojcu nic słyszeli. Tak też powiadam Marianeczce, a ona na to:
— To wujko mój jest; rodzony brat mojej nieboszczki matki.
— Żebyś ty wiedziała, Marianeczko — odezwie się teraz pan Niewczas i od razu jakby go znowu odmienił — że to ten sam chłopiec, o którym ci mówiłem, że pana Heliasza od Tatarów obronił! A jak on z łuku strzela!... chrry... Kiedyśmy na tych Tatarów natarli, a było ich w kilkadziesiąt koni... chrrry... kiedy ich gonić zaczniemy... chrrry...
— Kiedy ze strachu nie wleziemy w krzaki, chrrry... chrrry... — odzywa się naraz ktoś we drzwiach, podrwiwając panu Grygierowi i naśladując jego głos i chrapanie.
Był to ów mularczyk włoski, który onego dnia także był z nami w lesie; Banti się nazywał, jak mi to później powiadano we Lwowie. Wszedł do izby tak jakoś niepostrzeżenie, żeśmy go ani słyszeli, a miał w ręku delijkę, z którą go snadź mistrz jego posłał do pana Niewczasa. Stanął sobie naprzeciw pana Grygiera i z wielką zuchwałością, po grubemu i nieprzystojnie, że aż sprośna rzecz była patrzeć na to, wykrzywiał się krawcowi. Marianeczka pobladła, a potem zaraz pokraśniała cała, jakby wszystka krew z wątłego ciała dzieweczki w twarz samą jedną się przelała, poskoczyła do mularczyka i odpychając go, zawołała:
— Porwaneś ty hańbie, niegodziwy ladaco! Precz z izby zaraz!
Mularczyk, zamiast ustąpić dzieweczce, odepchnął Marianeczkę ze złością, że się aż zatoczyła i mało co nie upadła. Porwał mnie na to taki gniew okrutny, żem się już powstrzymać nie mógł; skoczę do tego otroka169, chwycę go za gardło, że się aż zakrztusił, i tak całą mocą zeprę go ku drzwiom, że się z trzaskiem rozwarły, a Banti wyleciał i upadł na ulicy. Pan Grygier, choć takiej bojaźliwej był duszy, kiedy ujrzał, jak mularczyk jego Marianeczkę potrącił, nagle naprawdę jako lew skoczył, cały strasznym gniewem zapalony, żem go już nigdy potem takiego nie widział, i byłby pewnie w tej zapalczywości swojej na armaty ogniem ziejące szedł, a swojej dzieweczki koniecznie pomścił. Gdybyśmy go byli z Marianeczką nie powstrzymali, czepiając się jego rąk i nóg nawet, byłby na pewno zabił mularczyka.
Tak oto zarobiłem sobie na jednego wroga, bom go odtąd miał w Bantim, ale zarobiłem sobie także na sprzyjanie dobrych ludzi, bo do takich pan Niewczas duszą i ciałem należał, a między mną a Marianeczką już odtąd wielka i stateczna przyjaźń była. Napisałem list do matki, a Marianeczka wysłała go do swego wuja, pana Zybulta w Samborze, a tak pewność miałem, że dojdzie. W liście pisałem matce, jako mi Bóg łaskawie pomóc raczył, żem dobrych i cnotliwych ludzi znalazł, że już sam na chleb własny pracować się uczę, i że mi ciągle coś do serca mówi, że ojciec żyw jeszcze i do nas powróci, i że tu we Lwowie inny świat, i nie ma tu takich szarpaczy, jako podstarości i hajduk, a wszyscy, z którymi tu przestaję, grzeczni i łaskawi są dla mnie. I tak to prawda wtedy była, bo i pan Spytek, i pan Heliasz, i pan Dominik, i Urbanek, i wszyscy domownicy, jako miarkowałem, życzliwość mi świadczyli, a nawet Woroba, zawsze chmurny i mruczny, jakoby wszelkiemu Bożemu stworzeniu krzyw był, czasem na mnie weselej spojrzał i nieraz ciężar za mnie rad podźwignął, nie dając się mnie samemu umęczyć. Ale ta pogoda niedługo trwała: zasuwała się już ciężka chmura nad moją głową, chociem jej jeszcze nie widział i nie przeczuwał.