Przez ten cały czas służby u pana Jarosza Spytka najdłużej bywałem zawsze z panem Dominikiem, młodszym sprawcą jego handlu, bo pan Heliasz zawsze albo nad tą dużą księgą siedział, albo listy pisał, albo z samym panem rozmaite kwity, rekognicje170 i intercyzy handlowe przeglądał i układał, zaś mendyczek Urbanek w szkole cały dzień trawił, a tylko na obiad i co drugi albo trzeci dzień wieczorem przychodził, tak że jeno w niedziele i święta dłużej zabawić się z nim mogłem, podczas gdy z panem Dominikiem prawie od rana do wieczora bywaliśmy razem, to w indermachu na składzie między towarami, to w piwnicach przy winie małmazji, którą się bezustannie to innym kupcom, to do gospod miejskich, w całych kufach albo garncami wyprawiało. Hamał Woroba zatrudniał się także z nami, ale po staremu milczał i jeno od czasu do czasu jakby niedźwiedź mruknął, kiedy mu się kufa lub jaka ciężka paka towaru z rąk umknęła lub co innego w ład nie szło.

Nadchodził właśnie czas jarmarków i było bardzo dużo roboty, bo na jarmarki ważniejsze wysyłał pan Jarosz zawsze kogoś z towarami; na znaczne jeździł p. Dominik, a na jarosławski, który był najgłówniejszy, nawet sam pan Heliasz; na mniejsze wyprawiano kogoś z młodszych czeladników. Gotowaliśmy tedy jednego dnia towary według regestrów171, które nam wypisał pan Heliasz, kiedy pan Dominik nie mógł jakoś jednego regestru dobrze wyrozumieć i kazał mi z nim iść do kantoru do pana Heliasza i jego, albo samego pana zapytać.

W kantorze pana Heliasza nie było, tylko sam pan Jarosz i jakiś drugi pan, który mi się bardzo znaczny wydał, bo ubrany był bogato, szpadę miał pozłocistą przy boku i cudne pierścienie na palcach, a pan Jarosz rozmawiał z nim po włosku, snadź w bardzo ważnej rzeczy, bo ledwiem się na progu pojawił i jeszczem się nie był opowiedział, a już mi pan Jarosz ręka machnął i precz mi iść kazał. Wracam do indermachu i mówię, dlaczegom się nie sprawił.

— A to już wiem — rzecze pan Dominik — to jest kupiec bardzo znaczny, wenecki, który wczoraj wieczorem do Lwowa przyjechał; w ważnej sprawie on z panem Jaroszem rozmawia; nie dziw, że ci za drzwi kazano.

— Pewnie sztych wielki jakiś z panem Jaroszem robi — mówię, bo pan Jarosz handle zamorskie prowadził i towar towarem płacił, tak że na przykład za zamorskie korzenie dawał wosk, sobole albo bursztyn, bo i to miewał niekiedy na składzie, a taka zamiana „sztychem” się nazywa.

— To nie o żaden sztych idzie — odpowiada pan Dominik — ten Wenecjanin to jest brat tego doktora Kurcjusza, co tu zeszłego roku we Lwowie bez śladu przepadł.

— Jak to przepadł? — pytam ciekawie. — Przecież to musiał być znaczny człowiek, a o takich zawsze się wie i słyszy. Jakżeby na przykład przepaść mógł bez śladu pan Jarosz albo pan Heliasz? Przecież tu we Lwowie Tatarów nie ma?

— Tatarów nie ma, ale bywają ludzie gorsi od Tatarów.

— To go przecież nie zamordowali?

— A co wiedzieć, jeżeli nie? Że przyjechał do Lwowa, to wiedziano, ale aby wyjechał, nikt nie widział. Przepadł tak kamień w studni!