— Teraz możem pogadać z sobą — ozwał się Fok po chwili, a mówił już dość sprawnie po polsku, bo lat kilkanaście temu, jak był przywędrował do Lwowa.

— Ja z wami, panie Fok, nie mam żadnej sprawy — rzekę — i nic do gadania.

— Ale ja mam z tobą — mówi Fok na to. — Mam ciebie pozdrowić od Pana Kajdasza; zdrów jest, niedobrześ go trafił rydlem, trzeba było lepiej.

— Widziałem dziś sam Kajdasza i rad jestem, że żyje, bom go zabić nie chciał.

— Tedy i Żyda Mordacha widzieć musiałeś, a może już i wiesz, po co tu przyjechał?

— Nie wiem i nie dbam o to — rzekę śmielej, bom czul, że mi się pokora z tym człowiekiem na nic nie przyda.

— Dlatego nie dbasz, że nie wiesz, ale jak się dowiesz, inaczej będzie. Mordach przyjechał do Lwowa, imać kogoś takiego, o którego ty bardzo dbasz, i oddać go na ratusz. A tym ktosiem to ty jesteś.

— A za cóż mnie imać mają? — pytam.

— Za co? Za to, żeś zbójca i złodziej.

— To nieprawda!