— Ja też tego nie mówię; to oni mówią. Ale ja bym nie chciał w twojej skórze być i bardzo mnie ciebie żal.

— Kiedy wam mnie żal, panie Fok — mówię na to — czemuż mnie siłą pod kluczem trzymacie i z mieczem nade mną stoicie jak nad złoczyńcą?

— Bo ciebie ratować chcę, Hanusz.

— Ratował mnie będzie Pan Bóg, a wy mnie puśćcie.

— Dziękuj już teraz Panu Bogu, że tu siedzisz; masz ty za co. Kiedybyś ty wiedział, co ciebie czeka, tobyś mnie na klęczkach błagał, abym cię stąd nie puścił, i na próg byś się kładł, a wynijść nie chciał.

Popatrzyłem na niego z niewiarą i z gniewem, że mnie krzywdzi, niecnota, i jeszcze sobie ze mnie szydzi, co też Niemiec zaraz zmiarkował i tak rzecze:

— Właśnie teraz, kiedyś ty u mnie, cepaki ratuszowe, których pan wójt wysłał, szukają ciebie u pana Spytka. Gdybym cię był nie spotkał i nie ukrył u siebie, już by cię wzięli na ratusz, już byś, niebożę, siedział teraz w Dorotce.

— A za cóż by mnie brać miano do Dorotki? — pytam na pozór śmiele, ale w duszy nie bardzo mężny, bo Dorotka to była nazwa ciemnicy więziennej, do której sadzano najgorszych złoczyńców we Lwowie.

— Nie będziesz ty łgał przede mną, nie obełżesz mnie: wiem ja dosyć, a ty wiesz więcej.

— A cóż wy wiecie przeciw mnie?