— Bo wiem, gdzie uciekł.

— Wiecie, gdzie uciekł, panie Fok, i nie mówicie tego zaraz, a my czas tracimy! Gdzież on uciekł? On nie mógł daleko uciec; w którą stronę on uciekł?

— We Lwowie jest cztery wyjścia, dwie bramy i dwie furty, pewnie przez jedną z nich uciekł.

— Panie Fok — mówią razem i Kajdasz, i Żyd, bo prawie zawsze razem mówili, pomagając sobie wzajem — wy z nas żartujecie, a nam się pod nogami pali!

— A mnie się nie pali — mówi pan Fok spokojnym głosem — bo ja tego chłopca jakbym w kieszeni miał.

— To go nam dawajcie, na ratusz go dawajcie! — woła Żyd, a głos mu się trzęsie ze złości.

— Dawajcie, dawajcie — powtarza pan Fok tym samym spokojnym głosem. — Panie Mordach, i wy kupiec, i ja kupiec: wy wiecie tak samo dobrze, jako i ja, że dawać, a nie brać, to rzecz głupia jest.

Jakiś czas cicho było w izbie; przynajmniej jam nic słyszeć nie mógł, choć miałem ucho do drzwiczek przytknięte.

— Panie Fok, czemu wy nie zaczęli od tego? — ozwał się nareszcie głos Żyda.

— Bo to wasza rzecz była zaczynać, a zaczęliście beze mnie — odpowiedział Fok.