— Duszo chrześcijańska, użal się mnie, duszy chrześcijańskiej! Na światoho Spasa i Bohorodyciu proszę ciebie, podaj mi pilnik; w chlebie mi go podaj; tam, widzisz, niedaleko piekarz, kup dwa bochenki chleba, jeden niby dla siebie, a drugi dla mnie. Rozkrój ten chleb jeden, ukryj w nim pilnik i podaj mi, a nie bój się, bo nam jałmużnę wolno dawać, byle nie w pieniądzach, bo je te psy zaraz odbiorą.
Gdybym nawet nie miał był ojca straconego gdzieś między Turkami, byłbym temu jeńcowi nieszczęsnemu uczynił, o co prosił, choćby to nie całkiem bezpieczno być miało, a cóż dopiero, kiedym pomyślał, że co wiedzieć, czy i mój biedny ojciec nie w takiej samej nędzy teraz żywot trawi, a do Boga o wyzwolenie żałośnie wzdycha? Idę tedy na bezestan, czyli bazar, to jest na ono miejsce, gdzie same kramy są z rozmaitymi towarami, i zaraz obaczę Cygana kowala, co siedzi na ziemi, a przed nim na sprzedaż młotki, obcęgi, piłki, pilniki, gwoździe i inny towar kowalski. Wybrałem pilnik, jaki mi się wydał najlepszy, nie targując się cale, bo o rzecz ważniejszą szło aniżeli o jeden lub dwa aspry,o które mnie Cygan oszukał: kupiłem dwa bochenki chleba, a wstąpiwszy w zatyłek jednego domu, gdzie nikt na mnie nic patrzał, rozkroiłem jeden chleb na dwoje, ukryłem w nim pilnik, a nadto jeszcze i jeden złoty cekin, co tyle jak dobry dukat znaczy.
Te dwa chleby wziąwszy, sam zaczynam mój bochenek łamać i niby smaczno jeść, i tak jedząc podchodzę znowu pod armaty, a ów jeniec niby mnie po raz pierwszy obaczywszy, zrywa się z ziemi i choć topczowie w naszą stronę patrzą, pocznie jak żebrak rękę wyciągać, a głowę trząść i do chleba mego się modlić. Tedy ja niby chwilkę się waham, a potem ów drugi chleb z pilnikiem i dukatem mu podaję, a on chwyta go chciwie i zaraz jak pies zgłodniały kąsać go pocznie, dobrze dzierżąc obu rękami, aby się nie rozpadł. Widzieli to topczowie i jeden na mnie coś krzyknął i ręką machnął, abym precz sobie poszedł, ale chleb temu więźniowi zostawiono.
Kilka dni bawiliśmy w tym Ruszczuku, i już panowie kupcy pokończyli swoje sprawy i jechać dalej czas było, a tymczasem furman pana Harbarasza nie tylko nie wyzdrowiał, ale jeszcze ciężej zachorował i tak mu się źle zrobiło, że błagać począł, aby mu koniecznie księdza katolickiego sprowadzić, bo czuje, że umierać będzie. Kłopot był o to niemały, bo gdzie tu znaleźć w Ruszczuku księdza katolika; same tu tylko popy, a raczej mnichy schizmatyki198, których tu kaługerami zowią; sprośne chłopy brodate, prostaki nieuczone, że ich i własny naród niejako w pogardzie ma. Ale powiada nasz handżi, to jest gospodnik, który Grek był, jako słyszał, że u jednego Włocha, co był zarazem i kupcem, i baszyńskim lekarzem, stanął ksiądz, jakiś katolik, który z Jędropola do Polski jedzie. Posłał mnie tedy pan Harbarasz z jednym miejscowym Bułarzynem do onego Włocha, abym się dowiedział, czy prawda, a jeśli tak, żebym onego księdza do chorego uprosił.
Pokazano mi tego księdza, patrzę, a to jakiś brodacz na pół z turecka, na pół z bułgarska ubrany, z marafetem, to jest zawojem na głowie, człek, jako mi się zdało, cale świecki i do księdza ani podobny. Bułgarzyn, co ze mną przyszedł, mówi do niego, a on po bułgarsku także odpowiada i zaraz nam skórzaną sakwę podaje, aby nieść za nim do gospody. Tam przyszedł, dobył z sakwy komeżki i stuły i zaraz do chorego poszedł. Jam się mocno dziwował wyglądaniu tego księdza, aż pan Harbarasz powiedział, że nasi księża, kiedy do Turek jadą, brody jako najdłuższe zapuszczać muszą i stroju kapłańskiego zaniechać, bo inaczej by żaden z nich niczego nie sprawił, ano i zdrów się nie ostał nie tylko dla onej złości pogańskiej, ale i dla nieżyczliwości samych popów i kaługerów tutejszych, którzy nasz święty Kościół katolicki w nienawiści sobie mają.
Kiedy ów ksiądz wrócił od chorego, pocznie z nami po polsku rozmawiać i powiada, że do Lwowa z Jędropola powraca. Tedy ja całuję mu rękę i pytam, czyli w Jędropolu nie zna księdza karmelity Benignusa i czyby mi wskazać nie raczył, jako tam odszukać go będzie można?
— A tom ja jest ksiądz Benignus — rzecze na to — a co za sprawę masz do mnie?
Ucieszyłem się bardzo tym szczęśliwym spotkaniem i daję mu list od pana Heliasza. On list przeczyta uważnie i pyta:
— A jakże się twój ojciec nazywa, który ma być w niewoli tureckiej, jako tu w liście stoi?
— Marek Bystry.