— Bystry, Bystry... — powtarza ksiądz Benignus — coś mi to nazwisko jakby już słyszane. Poczekaj, mam ja tu długi spis naszych, co tu więźniami u Turków są, i panów, i chłopów, i niewiast, i dzieci nieszczęśliwych, co ich Tatarowie pobrali, owo poszukać muszę.

Wydobył książkę całą nazwiskami zapisaną i począł przepatrywać, a trzeba wiedzieć, że ten ksiądz Benignus żywot swój i zdrowie temu poświęcił, aby polskich jeńców z jasyru ratować, i posyłali go panowie z pieniądzmi na okup, a on pewniejszy był niż Ormianie, bo luboć także wiele ludzi z niewoli dobywali, tedy przecież nie z samej cnoty chrześcijańskiej to czynili, częściej zysku i zapłaty znacznej za swoje starania wymagając. Kiedy on tak w onej książce czytał, jam jakby na węglach żarzących stał, bom nadzieję całą w nim położył.

— Bystry — ozwał się nareszcie ksiądz Benignus — jest Bystry, Marek Bystry!

— Żyw tedy, żyw mój ojciec! — zawołałem z radością, ale zaraz wielkim płaczem wybuchnąłem.

— Żyw był przed pół rokiem, kiedy go widziałem — rzecze ksiądz Benignus — ale czy jeszcze żyje, Bóg wiedzieć raczy.

— A gdzie go widzieliście, ojcze dobrodzieju, i co robił?

— Widziałem go w Warnie na sułtańskiej galerze; do wiosła go sprzedali. Prosił mnie, aby żonie jego dać znać o nim w Podborzu, w ekonomii samborskiej — mówi ksiądz Benignus, czytając z tej książki — i aby jej zlecić, żeby przeze mnie albo przez Ormiany lwowskie wykupiła go z niewoli. Ma na to sołtystwo sprzedać. Pięćset twardych talarów żąda za niego ten aga199, pod którym wiosłuje. Kiedym go widział, galera, na której był, miała na Czarne Morze płynąć. Należy do tych galer wojennych, co pod Mezembrią przystań mają, kiedy z morza wrócą, i tam się o niego pytać trzeba.

XIII. Wyprawa po ojca

Po tym, com usłyszał od księdza Benignusa, pierwsza rzecz była: policzyć, ile mam w mieszku, bowiem dotąd nie myślałem nawet o pieniądzach moich, mając wszystko, czego mi było potrzeba do życia, od pana Harbarasza jako myto za moją służbę. Od owego weneckiego kupca, pana Kurcjusza, dostałem był, jakom już mówił, dziesięć podwójnych cekinów; w skarbonce mojej, co ją w kantorze pana Spytkowym zawiesił był pan Heliasz, nazbierało się dziesięć dukatów — i zdało mi się tedy, żem bogacz wielki i że Bóg wie czego takim skarbem dokażę. Kiedym się teraz dowiedział, że okupu za ojca żądają 500 twardych talarów, obaczyłem z żałością, jako zaledwie cząstkę tej sumy mógłbym zapłacić. Szło trzy złote na talar, tedy potrzeba by mi było 1500 złotych, zaś cały mój majątek wynosił trzydzieści dukatów, a to znaczyło ledwo 500 złotych, a i to niespełna.

Pocieszałem się przecież myślą, że mam dość grosza, by dotrzeć do mego ojca i próbować, czy mi go z niewoli wydostać mniejszą sumą się nie uda; że może do ucieczki mu pomogę, a w najgorszym razie dolę mu jako osłodzę. Teraz więc szło mi tylko o to, aby się jak najprędzej dostać do onej Mezembrii, bo z tego, co powiadał ksiądz Benignus, było, że choćbym tam ojca nie zastał, to przecie wieści o nim najpewniejszej zasięgnę, skoro galera, na której przy wiosłach go trzymają, przystań swoją ma w Mezembrii. Wiedziałem, że karawana nasza nie będzie szła na Mezembrię, ale że zawsze największą część drogi z nią razem będę mógł odbyć, bo czy do Jędropola się jedzie, czy do onej Mezembrii, którą Bułgarowie Nesembrem zowią, droga zawsze prowadzi przez góry bałkańskie.