Kiedy w dzień słońce pali, to skały te i góry jakby gorzały, a kiedy słońce się chować zacznie, to ci się zda, że całe krwią oblane; bo są gołe i całe z czerwonego kamienia, nocą zaś jeszcze straszniejsze, bo ano ci się zdaje, że to nie góry i nie skały, tylko jakieś gmachy i potwory z bajki albo ze snu w gorączce, bo ano widzisz wieżyce pod niebo strzelające, słupy, kościoły, domy, jakoby miasto jakieś zbudowane ręką nieludzką i na wieki w kamień zaklęte; ta góra wygląda nocą jak smok z otwartą szeroko paszczą, ta druga jak okręt z żaglami, ta znowuż jak bestia jakaś bajeczna, ta jak głowa człowieka i tak bez końca. Ludzi spotkaliśmy mało po drodze, a i tym albo źle z oczu patrzyło, albo się z nimi dogadać nie było sposobu; kiedy Turek, to ci na zapytanie mruknie: Kim bilir? — to jest: kto tam wie? a kiedy Bułgarzyn, to odpowie: Koje znaje? — albo: Ako gospod da — jak Bóg da.

Gospód po drodze prawie że cale nie masz, a jak się przydarzy taki han, to ani w nim jeść, ani pić nie dostaniesz za najdroższe pieniądze, chyba obrzydliwą gorzałę ci podadzą, którą oni tu rakki zowią, szczęście też nasze, że pan Harbarasz i kupcy żywność z sobą wieźli, a czasem i zwierzynę który z nas z rusznicy ubił, w czym ja najwięcej miałem szczęścia, bo do samopału i do łuku równie sprawny byłem. Najwięcej pod gołym niebem nocowaliśmy, namiocik rozbiwszy, a wtedy nieraz bardzo wesoło bywało: rozłożyliśmy ogień, warzyliśmy wieczerzę, pili śliweńskie czarne wino, któreśmy z sobą w skórzanym miechu mieli, panowie Ormianie śpiewali, a pan Goryczka z panem Rabiczką koło ognia śmiesznie tańcowali, klaszcząc w dłonie i pokrzykując: „Ej, ej! Dziś, dziś, dziś!”

Jam bardzo żałował, żem kobzy Semenowej nie miał, alem pieśni kozackie śpiewał, których mnie Semen nauczył. Kiedym tak raz zanucił jedną, ów furman, czyli arabadżyk, cośmy go w Ruszczuku przyjęli, porwie się od ognia, jakby go wąż ugryzł, ale zaraz siada, głowę na rękach wesprze i słucha, słucha, a widać, że się bardzo o to gniewa, kiedy ktoś zagada i śpiewanie przerwie, jeno okazać tego nie śmie.

Ten człowiek dopiero w drodze do mnie przemówił; przed wyjazdem i na wyjeździe ani na mnie zważał, żem aż markotny był, iż mi tak cale żadnej wdzięczności nie okazuje, chociaż mu do szczęśliwej ucieczki dopomogłem. Ale kilka mil za Ruszczukiem, kiedym koło jego wozu szedł, a pan Harbarasz nas nie widział, rzecze on do mnie:

— Bóg ciebie nadniósł, detyno200; zmiłowanie swoje okazał nade mną przez ciebie. Śmierć mnie już pewna czekała, bo mieli mnie nazajutrz do Dziurdżewa dostawić, a basza tamtejszy mnie zna; byłyby mnie dziś już na szubienicy sępy jadły. Kilka razy ja uciec próbowałem; zdawało się, że wszystko mi służy, bo mi przyjaciele pomagali, a zawsze daremno. A teraz ot co, głupstwo: pilniczek za parę groszy, i udało się. Bóg tak dał!

— A co wy zacz jesteście — pytam — i jak się nazywacie, boście nie Bułgarzyn przecie, jeno z naszych ruskich ludzi.

— I z waszych, i nie z waszych — odpowie — a tobie wiedzieć na co? Ja Pańko jestem; tak mnie ochrzczono; Pańko mnie wołaj.

— A jak wy, Pańku, nie uciekali zaraz daleko, jeno w Ruszczuku zostali? Nie strach wam było?

— Gdybym ja był dalej uciekał, już by mnie Turcy mieli byli w swym ręku. W tym rozum cały, strachu nie znać i na miejscu zostać, bo cię właśnie tu nie szukają. Topczowie za mną daleko dokoła w rozgony poszli; jeszcze mnie gonią. Ale kiedyby nie twój dukat, może bym ja i był przepadł. Oddam ci go, Bóg to da, dziesięćkrotnie, stokrotnie może!

— A łatwie wam uciec było?